Recenzje

czwartek, 13 marca 2014

Okładka książki Tajemnica Brokeback Mountain

Annie Proulx jest jedną z najbardziej docenianych amerykańskich pisarek i dziennikarek. Naprawdę nazywa się Edna Annie Proulx. Zdobyła nagrodę Pulitzera i National Book Award. Jest autorką takich książek jak: "Kroniki Portowe", "As w rękawie", "Pocztówki", "Akordeonowe zbrodnie" oraz "Pieśń serca". Nagrodzone przez National Magazine opowiadanie "Tajemnica Brokeback Mountain" to moja pierwsza styczność z tą autorką. 

Sięgając po opowiadanie "Tajemnica Brokeback Mountain" wiedziałam, że będzie dość trudne i na pewno ciężkie w odbiorze. Już sam fakt, że dotyka tematu homoseksualizmu w najbardziej niesprzyjającym otoczeniu, jakim bez wątpienia jest naznaczone homofobią wiejskie środowisko Wyomingu dało mi pewność, że nie może być tu mowy o czymś lekkim i przyjemnym. Mimo wszystko Proulx i tak udało się mnie zaskoczyć.

Ennis del Mar po stracie rodziców został wychowany przez starsze rodzeństwo. Bez wykształcenia, pieniędzy oraz perspektyw na przyszłość, za to z zadłużonym gospodarstwem postanowił poszukać pomocy  w Biurze Zatrudnienia Pracowników Farm i Rancz. Tam poznał Jacka Twista równie biednego i mającego nadzieję na lepszą przyszłość wiejskiego, młodego mężczyznę. Zostali obaj oddelegowani do pilnowania owiec u szczytu gór. Nie była to praca trudna, lecz na pewno pełna wyrzeczeń. Uziemieni na górskich szczytach, mając namiot za dom szukali rozrywki w alkoholu i rozmowie. Kiedy w najmniej oczekiwanym momencie zapłonęli do siebie ognistą namiętnością byli tym tak samo zszokowani, co rozeźleni. Nie mogąc sobie tego w żaden sposób wytłumaczyć, ani poradzić sobie z zaistniałą sytuacją, postanowili uciec od problemu i rozejść każdy w swoją drogę. Los jednak miał co do nich zupełnie inne plany. Nie mogli wiedzieć o tym, jak tragiczne będą tego konsekwencje. 

Najcięższe w całym opowiadaniu były opisy brutalnego momentami seksu. Bardzo dosadne i surowe, które budziły we mnie ogromne obrzydzenie. Nie chodzi tu o homoseksualizm w tle, a o użycie bardzo ostrych słów i okropne okoliczności w jakich autorka te sceny obsadziła. Momentami myślałam, że nie podołam przeczytać ani jednego zdania więcej. Klimatu surowości i autentyczności dodawały też proste dialogi, zupełnie odpowiednie dla otoczenia. Bardzo łatwo można było się dzięki nim wczuć w panujący klimat. Zabrakło mi trochę opisów okoliczności przyrody, ale pewnie nie na tym chciała się skupić Proulx. 

Po przeczytaniu tych niespełna sześćdziesięciu stron czułam ulgę, ale również niedosyt. Zabrakło mi rozwinięcia niektórych wątków, które moim zdaniem zasługiwały na większą uwagę. Nie byłam również usatysfakcjonowana zakończeniem. Wydaje mi się, że mogło być ono bogatsze. Niestety są to główne powody dla których nie często sięgam po opowiadania. Rzadko trafia się na takie, które nie pozostawiają niedosytu. 

Czy jednak mimo wszystko poleciłabym to opowiadanie? Myślę, że z całą pewnością tak. Po pierwsze dlatego, że jest to dobre studium osoby nie potrafiącej poradzić sobie z własnymi uczuciami, a po drugie dotyka ono bardzo trudnego tematu braku tolerancji. Może ciężko jest nam w to uwierzyć, ale są jeszcze miejsca na ziemi, gdzie homoseksualizm traktowany jest jak choroba i zwalczany, jak najgorsza zaraza. To opowiadanie, to trudna, ale zdecydowanie potrzebna lekcja. 




Ciekawa jestem ekranizacji, która została nazwana wybitną i przełomową w dziejach kinematografii. Obsypana wieloma nagrodami oraz nominowana do Oscara w aż siedmiu kategoriach. Nie jestem jednak pewna, czy po tak ciężkiej lekturze, chciałabym już teraz zmierzyć się z jej obrazem. 

sobota, 09 lutego 2013

 

Napisanie powieści, która porwie serce tłumów, było ogromnym marzeniem E L James, odkąd ta była dzieckiem. Niestety plany te musiała odłożyć w czasie, by zająć się rodziną. Kiedy jednak przełamała wątpliwości i zadebiutowała książką "Pięćdziesiąt twarzy Greya", to od razu rozpętała niesamowite szaleństwo, pobijając co raz to nowe rekordy sprzedażowe. 

Przyznam szczerze, że zastanawiałam się, czy w ogóle zamieszczać recenzję tej książki na moim blogu, bo w sieci krąży ich już całe mnóstwo. Postanowiłam jednak, że skoro wymęczyłam już te kilkaset stron, to coś o niej naskrobię. Dobra wiadomość jest taka, że udało mi się ją doczytać do końca (to naprawdę ogromny sukces), zła wiadomość jest taka, że chyba niczym Was nie zaskoczę, bo moje zdanie na temat tej powieści jest podobne do większości, czyli niezbyt dobre.

W powieści poznajemy młodziutką studentkę Anastasię Steele, która w zastępstwie za koleżankę ze studiów jedzie przeprowadzić wywiad ze znanym rekinem biznesu Christianem Greyem. Mężczyzna budzi w dziewczynie mieszane uczucia, z jednej strony ją intryguje i pociąga, z drugiej – onieśmiela. Budzą się w niej wcześniej nieznane uczucia, z którymi nie potrafi wygrać. Po skończonym wywiadzie postanawia jednak o wszystkim zapomnieć, co okazuje się niemożliwe, bo następnego dnia mężczyzna zjawia się w sklepie, w którym Anastasia sobie dorabia. Nie dość, że ma czelność pojawić się w jej życiu ponownie, to jeszcze na dodatek proponuje spotkanie, które na zawsze odmieni Anastasię i jej dotychczasowe życie, podporządkowując je dość wysublimowanym regułom. Dziewczyna nie wie niestety o jednym, że to w co się pakuje, nie jest do końca normalną sytuacją. Czy Anastasia sobie z tym poradzi i co ważniejsze, czy jej się to spodoba?

W tym miejscu powinnam napisać co nieco o tym, jak odbieram fabułę, jednak zastanawiam się, czy w ogóle można w tym przypadku mówić o jakiejkolwiek fabule. To może zacznę od tego, że sam pomysł pomimo tego, że jest definitywnym fanFiction sagi „Zmierzch” Stephenie Meyer, to nie jest zły i może faktycznie byłoby coś z tego, gdyby nie fatalny warsztat (a właściwie jego brak) autorki. Kompletnie bezsensownie dobrane zwroty do sytuacji i ciągłe używanie tych samych określeń,  do w kółko powtarzających się zdarzeń.

Dla ciekawskich, to tak wygląda Św. Barnaba, którego nawoływała główna bohaterka, w dość nietypowych, jak na tę postać momentach.

Jedno co od razu nasunęło mi się na myśl, to że główna bohaterka ma spore problemy z ciśnieniem krwi, bo ciągle się rumieni, nawet nie będę poruszać tematu jej wewnętrznej bogini, bo to już nawet nie było śmieszne. Nie chcę zostać źle zrozumiana, bo nie aspiruję do kobiecej wersji Dr House’a, ale co do głównego bohatera też mam pewne podejrzenia, a mianowicie, że może on cierpieć na jakieś delikatne zwyrodnienie kręgosłupa, bo ciągle przechyla mu się głowa. Wiem, że powyższe może brzmieć dziwnie, ale wszystkie te sytuacje spotykamy częściej niż raz na dwie strony…

Ciekawa byłam jak autorka opisze sceny erotyczne, których w tej książce nie brakuje, ale niestety nawet tutaj nie pochwaliła się ani umiejętnościami pisarskimi, ani nawet kobiecą wyobraźnią. Czytając miałam wrażenie, że właściwie co jakiś czas powtarzają się te same sceny, było to nie tylko denerwujące, ale przede wszystkim nudzące.

Moje pytanie brzmi – skąd do licha ten bestseller? Dlaczego tak słaba książka doczekała się miana hitu?! Nie znajdziemy tu ani wybitnego kunsztu literackiego, ani ładnego stylu, czy oryginalnego języka, nawet nasza wyobraźnia nie zostanie w żaden sposób dopieszczona, bo i czym?!

Szczerze mówiąc był to stracony czas i pieniądze wyrzucone w błoto. Po kolejną część na pewno nie sięgnę, bo pomimo, że ostatnich kilkanaście stron faktycznie mogło zaciekawić, to całość książki raczej bez ogródek pokazuje, czego możemy się spodziewać. Według mnie jest to bardzo słaba pozycja i przykład na to, że PR i dobry marketing nie zawsze idą w parze z produktem godnym uwagi. Najgorętsza premiera roku? Ja bym raczej powiedziała klapa stulecia, ale przypominam, że jest to tylko moja subiektywna opinia. Bardzo chciałabym się dowiedzieć, czy czytaliście? I co ważniejsze jakie jest Wasze zdanie na temat tej powieści.

wtorek, 29 stycznia 2013

Prezent od Tiffany'ego

Melissa Hill jest autorką wielu bestsellerów docenianych szczególnie w Irlandii i Włoszech. Mieszka w hrabstwie Dublin wraz z mężem i ukochanym psem Homerem. Przyznam szczerze, że „Prezent od Tiffany’ego” to pierwsza jej książka, z jaką się spotkałam, a o samej autorce wcześniej nie słyszałam.

Pałętając się między regałami w mojej ukochanej księgarni, szukałam czegoś lekkiego i przyjemnego na długie, zimowe wieczory. „Prezent od Tiffany’ ego” skusił mnie okładką, opisem z tyłu i akcją osadzoną w świątecznym Nowym Jorku. Pomyślałam: czemu nie? Tak jak wspomniałam wcześniej, to lekkie i nie wymagające czytadło, ale udało mu się, to czego nie udało się Kevinowi, śniegowi i świątecznym lampkom rozwieszonym po całym Wrocławiu – otóż ta książka wprowadziła mnie w świąteczny nastrój.


Fabuła jest bardzo prosta. Na Święta Bożego Narodzenia do Nowego Jorku przyjeżdżają dwaj mężczyźni, Ethan, który ma zamiar oświadczyć się kobiecie, która po śmierci jego żony uczyniła go szczęśliwym, a jego córce przywróciła uśmiech na twarzy i Gary, który korzystając ze szczodrości swojej dziewczyny chce trochę zaszaleć, póki jego firma jeszcze zipie, choć ledwo,  ledwo. Oboje udają się do Tiffany’ ego po prezenty dla ukochanych – Ethan po pierścionek zaręczynowy, Gary po bransoletkę, która zbytnio nie obciąży jego budżetu. W wyniku nieoczekiwanych zdarzeń dochodzi jednak do wypadku, w którym słynne, błękitne pudełeczka z błyskotkami zostają zamienione. Dla Ethan’ a sprawa jest jasna, musi jak najszybciej odzyskać pierścionek i przekazać go ukochanej, ale jak to zwykle w życiu bywa (albo raczej nigdy się tak nie dzieje) nic nie jest na tyle łatwe, na ile mogłoby się wydawać. Zdaje się, że los inaczej sobie to wszystko zaplanował.


Jedno muszę tej książce przyznać, przez jej strony przelatuje się z prędkością Boeinga. Otworzyłam ją na sekundkę i nawet nie zorientowałam się kiedy byłam w połowie. Co do fabuły, to tak jak zwykle bywa w przypadku takich czytadeł lekka, prosta, przewidywalna i nierzeczywista. Nie znaczy to, że książka mi się nie podobała, bo muszę przyznać, że miło spędziłam przy niej czas, choć przyznam szczerze, że po przekroczeniu pięćdziesiątej strony z aptekarską precyzją jesteśmy w stanie stwierdzić, jak będzie wyglądał koniec (no może z jednym, małym zaskoczeniem).

Podsumowując. Nie jest to pozycja dla wymagających i rządnych wrażeń oraz wysublimowanego języka i stylu, ale jeżeli lubicie czasem zagłębić się w lekki obyczaj, dzięki któremu się odprężycie i uciekniecie od codziennych obowiązków, to na pewno bez problemu dobrniecie do ostatniej strony i co najważniejsze, nie sapniecie z ulgą, że już koniec. 

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Miłosz. Biografia

Andrzej Franaszek jest polskim literaturoznawcą, krytykiem literackim i redaktorem działu kulturowego w "Tygodniku Powszechnym" Za książkę "Miłosz. Biografia" otrzymał nominację do Nagrody "Nike" 2012

Nadszedł w końcu czas, by opublikować recenzję pierwszej,  przeczytanej książki z wyprzedażowego stosika Weldbild Outlet. Oczywiście pierwszą, która wpadła w moje ręce, była żadna inna, jak ta traktująca o życiu Miłosza.

Przyznam szczerze, że nigdy wcześniej nie miałam w planach czytać biografii tego znakomitego poety. Tak jak bardzo lubię sięgać po jego twórczość, tak niezbyt interesowało mnie jego życie prywatne. Moje priorytety zmieniły się jednak, gdy zobaczyłam biografię Miłosza napisaną przez Andrzeja Franaszka. Pomyślałam wtedy, że tak ogromne tomisko mogło powstać tylko w oparciu o bardzo ciekawy życiorys. Nie pomyliłam się! Książka okazała się (delikatnie mówiąc) zaskakująca, no bo kto by przypuszczał, że Miłosz – poeta, eseista, tłumacz i zdobywca Literackiego Nobla, o mało nie zginął zabawiając się w rosyjską ruletkę?

Bardzo spodobała mi się również forma, w jakiej Franaszek opisuje życie poety. Z jednej strony opowiada on o jego życiowych sytuacjach, by zaraz przypisać je do utworów nimi inspirowanych. Ten zabieg okazał się sukcesem, bo nie dość, że możemy dowiedzieć się więcej o życiu znakomitego twórcy, to jeszcze zyskujemy możliwość spojrzenia na jego dzieła z perspektywy wyrwanych z życia zdarzeń, które stanowiły dla niego inspirację.

A tak pięknie o swojej książce opowiada sam autor:


Sama postać Miłosza, bardzo barwna i skomplikowana,  okazuje się również bardzo złożona. Z jednej strony człowiek wielkiej pasji, oddany pracy i twórczości, z drugiej strony lubiący zabawę,  kobiety i seks mężczyzna, który za wszelką cenę próbuje uciec od konsekwencji takiego życia. Jednak nie tylko o zabawach i romansach pisze Franaszek, ale również o osnutych cieniem  momentach z życia poety,  jak decyzja o niewzięciu udziału w powstaniu, czy o decyzji o emigracji, które z jednej strony były tragicznym przeżyciem, a z drugiej bodźcem do umocnienia i nabrania siły. To może właśnie dzięki nim Miłoszowi udało się przetrwać chorobę żony i syna, które również nie były dla niego łatwym kąskiem.

Oczywiście znajdziemy tu również sytuacje, o których głośno rozmawiało się swego czasu w mediach, czy na różnych panelach dyskusyjnych poświęconych autorowi  „Gucia zaczarowanego”, a mowa tu o podejrzeniu romansu z Iwaszkiewiczem, czy „paszporcie litewskim”.

W biografii ujął mnie styl Franaszka i sposób, w jaki pisze. Z jednej strony ogromna dbałość o każdy szczegół, dokładność i bardzo rzetelne, sprawdzone źródła, z drugiej jednak pasja, lekkość i styl, który sprawia, że czyta się tę biografię jednym tchem.

Jestem ogromnie szczęśliwa, że ta pozycja wpadła w moje ręce, i że jednak zdecydowałam się ją przeczytać. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że życie pisze najlepsze scenariusze i czasem, by poczytać o sytuacjach nieprawdopodobnych i zawijasach losu, które ciężko jest sobie nawet czasem wyobrazić, nie trzeba sięgać po nic innego, jak właśnie po biografię. Dlatego też jest to mój ulubiony rodzaj literatury. 

Na koniec dodam cytat z "Walca", który po raz pierwszy przeczytałam będąc w liceum, i który do dnia dzisiejszego jest mi bardzo bliski:

"Jest taka cierpienia granica, za którą

się uśmiech pogodny zaczyna, i mija tak

człowiek, i już zapomina, o co miał

walczyć i po co."

Samą biografię bardzo polecam i jestem pewna, że się nie zawiedziecie.  


Wydawnictwo Znak, Warszawa, 2011, stron 1104, cena z okładki 69,90

środa, 12 grudnia 2012

Obca

Diana Jean Gabaldon Watkins jest amerykańską pisarką fantastyczną, publikująca pod swoim panieńskim nazwiskiem Diana Gabaldon. Jej najbardziej znane utwory, tworzące serie Obca i Lord John Grey, zaliczane są do fantastyki historycznej. Z wykształcenia jest biologiem, dzięki czemu wspaniale przybliża nam w powieści właściwości niektórych ziół :)

Nie jestem nawet w stanie zliczyć ile razy przechodziłam w księgarni obok książek Diany Gabaldon, a jednak nigdy nie zdecydowałam się na sięgnięcie po nie. Poniekąd było to spowodowane faktem, że jakoś ciężko było mi sobie wyobrazić, że połączenie romansu, powieści przygodowej, powieści historycznej i trochę fantasy mogłoby być dobre. A jednak! W końcu zdecydowałam się, że chociaż spróbuję przeczytać pierwszy tom, a jak mi się nie spodoba, to najwyżej odłożę. I odłożyłam… po dwóch dniach i jednej zarwanej nocy, kiedy dotarłam do ostatniej strony. Siadając do lektury szczerze wątpiłam w to, że spodoba mi się ta książka i nawet miałam alternatywę, gdybym jednak postanowiła ją po kilkudziesięciu stronach odłożyć. Stało się jednak zgoła inaczej i po dwóch dniach zatrważającej lektury, od razu sięgnęłam po drugi tom.

Główną bohaterką jest Claire Randall, która w czasie drugiej wojny światowej służyła jako pielęgniarka, kiedy jednak wojna się skończyła, postanowiła wraz z mężem odnowić nadszarpnięte przez rozłąkę relacje małżeńskie. W tym celu udali się do Szkocji, gdzie po pierwsze mieli się cieszyć sobą, a po drugie Frank, zatwardziały historyk chciał odnaleźć jak najwięcej informacji o swoim potomku Jacku Randalu, kapitanie Dragonów Jej Królewskiej Mości w XVII wieku. Niestety Frank zafascynowany odkrywaniem historii zaniedbuje żonę, a ta zaczyna się nudzić. Na ratunek przychodzi starszy okoliczny mieszkaniec, który proponuje Claire wyprawę na pobliskie wzgórza, by pokazać jej najrzadsze okazy ziół, jakie można tu spotkać. Claire, miłośniczka natury i zielarstwa bez zastanowienia się zgadza i nie kryje radości. Gdy następnego dnia udają się razem na wzgórze, oprócz ziół, Claire odkrywa również tajemniczy kamienny krąg, który jak się dowiaduje jest miejscem, w którym co roku spotykają się Druidki (czytaj okoliczne gospodynie) aby odbyć rytuał przesilenia (który akurat ma mieć miejsce jutro). Wraz z Frankiem postanawiają się przyjrzeć owemu rytuałowi. Szybko jednak się przekonują, że cała sytuacja jest delikatnie mówiąc żenująca i postanawiają wrócić do domu. Claire jednak jedna rzecz nie daje spokoju, zauważyła bowiem tam roślinę, której nigdy wcześniej nie widziała i postanawia tam wrócić, co robi zaraz następnego dnia, nie przebierając się nawet z piżamy. Tam jednak dochodzi do sytuacji, której nikt nie mógłby się spodziewać. Przechodząc przez szczelinę w kamieniu Claire przenosi się w czasie o dwieście lat. Oczywiście od razu pakuje się w kłopoty, wpadając w ręce nikogo innego jak właśnie Jacka Randalla, który bez ogródek postanawia ją zgwałcić. Na szczęście do tego nie dochodzi, bo z opresji bohaterkę ratuje klan okolicznych górali, którzy proponują jej również pomoc w schronieniu. Plan wydaje się prosty, Claire musi jak najszybciej wrócić na wzgórze i przejść przez szczelinę, z powrotem do swoich czasów. Jednak na drodze stanie jej Jamie, jeden z bohaterskich górali, który nie dość, że zmieni priorytety dziewczyny, to jeszcze na zawsze odmieni jej życie, ale czy na lepsze?

Nie martwcie się, że zdradziłam za dużo fabuły, bo to nie jest nawet jedna setna tego, co znajdziemy w książce. Za sprawą wielkiego talentu, Diana Gabaldon zapewni nam niesamowite emocje dzięki rozbudowanej akcji, krótkim, ale za to wspaniałym opisom i nietuzinkowym dialogom. Fenomenalna kreacja postaci nada powieści niesamowity charakter i sprawi, że na zmianę będziemy pocić się z emocji, śmiać do rozpuku, by zaraz zalać się łzami. Lekki język pomaga nam dosłownie przepłynąć przez kilkaset stron powieści, wprost w objęcia drugiego tomu.

Cała seria „Obcej” składa się na dzień dzisiejszy z siedmiu części, a już w następnym roku ma do nich dołączyć ósmy. Problem polega na dostępności tych książek. Zostały one kiedyś wydane przez Amber, później wznowione przez Świat Książki w wersji mikękko i twardo okładkowej. Obecnie wiele tomów jest na wyprzedażach z minimum 50% rabatem, ale niestety problemem jest właściwie nigdzie nieosiągalny tom drugi. Aby skompletować całość, można zasubskrybować sobie serię w sklepie Weldbild.pl. Kupując pierwszy tom, każdy następny będzie nam przysyłany co miesiąc.

Jako mól książkowy, bardzo chciałam, mieć te książki w swojej kolekcji i z pomocą przyszedł mój chłopak (który chyba był już zmęczony moim ciągłym jojczeniem o tej powieści) i nie wiem jakim cudem, ale udało mu się gdzieś dostać cały komplet….. WRAZ Z DRUGIM TOMEM. Myślałam, ze padnę z zachwytu, ale nie miałam czasu, bo musiałam zabierać się za czytanie.

Jak już pewnie widać po recenzji, książkę bardzo polecam i zdecydowanie zaliczam ją do jednej z moich ukochanych serii książkowych. Bardzo się cieszę, że w końcu zdecydowałam się po nią sięgnąć i miło się zaskoczyłam. Polecam!

Moja ocena 6/6

 Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa, 2010, stron 712, cena z okładki 44,90

środa, 21 listopada 2012

 

Mam kilka przyzwyczajeń, z którymi nie mogę wygrać, być może dlatego, że raczej nie staram się z nimi walczyć :) Jednym z takich przyzwyczajeń jest to, że jeżeli jakiś film powstał na podstawie książki, to nie obejrzę go, dopóki nie przeczytam książki.... swoją drogą często niestety jest tak, że po przeczytaniu książki nie mam już na film ochoty...

Innym przyzwyczajeniem jest czytanie książki do końca i z tym staram się walczyć. Kiedyś nawet gdy książka od początku nudziła i była ciężka do przebrnięcia, to nie było takiej opcji, bym ją odłożyła przed przeczytaniem ostatniej strony. Teraz bez skrupułów odkładam takową i sięgam po inną. Inaczej jest jednak w przypadku książek, które cieszą się dobrą opinią, a mi się nie podobają. Takie czytam do końca, a czasem nawet powtórnie, by zrozumieć co takiego ta książka ma w sobie, że porwała tłumy.

Kolejnym moim przyzwyczajeniem jest chęć poznawania bliżej sylwetek znanych ludzi. Uwielbiam czytać o tym, jak to się stało, że dana osoba wybrała taką ścieżkę życiową, co jej w tym pomogło, a co przeszkadzało. Ciekawi mnie ich życie prywatne. I tu z pomocą przychodzą biografie, które uwielbiam, choć to dość specyficzny gatunek książki. Nie łatwo trafić na rzetelną biografię, która dobrze przedstawi nam jakąś osobę w taki sposób, byśmy nie mieli wrażenia, że czytamy encyklopedię. Uwielbiam, gdy książki łamią stereotypy o ludziach i już nie raz się o tym przekonywałam na własnej skórze, np. w przypadku Wallis Simpson, która przez lata była uważana za potwora, który wtargnął w życie monarchii brytyjskiej i ją oczernił, a jak się okazało, to była zwykła kobieta, jakich wiele. Po prostu los tak chciał, że zakochała się nie w tym człowieku, co trzeba. Dla takich książek warto "tracić" czas. 

Jakiś czas temu Polską wstrząsnęła wiadomość o tym, że podczas najnowszej trasy koncertowej, Madonna zawita do naszego kraju. Media szalały, bilety rozeszły się jak ciepłe bułeczki, a kontrowersje spowodowane, rzekomo celowym doborem przez artystkę daty występu - 1 sierpnia, jeszcze dodały wszystkiemu rozgłosu. Ludzie nawet po kilkanaście godzin jechali, by zobaczyć niekwestionowaną królową popu na żywo. Niestety ja na koncercie nie byłam, lecz z relacji znajomych, którzy się wybrali wiem, że było to widowisko na najwyższym poziomie, a sam koncert był bardzo udany.


Mnie jednak to wydarzenie popchnęło do tego, by poznać tę artystkę bliżej. Postanowiłam więc sięgnąć po jedną z jej biografii i wybrałam najnowszą autorstwa Daryl Easlea i Eddi Fiegel. 


Nie zawiodłam się! Książka nie dość, że zawiera wiele zdjęć, to napisana jest z ogromną dbałością o każdy, nawet najdrobniejszy szczegół z życia gwiazdy. Porusza tematy od samego początku kariery Madonny, poprzez  pocałunek z Britney Spears, przez rozwód z mężem, aż do niemalże chwili obecnej. Wszystko opisane jest bardzo dokładnie, w oparciu o sprawdzone informacje. Bardzo cieszy mnie to, że książka nie robiła furory, tym co już wszyscy wiemy, a porusza  również wydarzenia, które nie skupiły na sobie blasków fleszy i zainteresowania mediów. Ciekawie przedstawiony został również charakter piosenkarki, jej podejście do życia, kariery i rodziny. Z pozoru "twarda babka", okazuje się dość delikatną osobą, która bardzo kocha swoją córkę i próbuje chronić ją, przed negatywnymi skutkami własnej sławy.

Warto wspomnieć, że polska wersja konsultowana była z Piotrem Metzem, czyli znanym w Polsce  "dobrym duchem" muzyki, co dodaje profesjonalizmu i udowadnia, że polskie wydanie było tworzone rzetelnie i z pasją.


Nie jest to lektura tylko dla fanów Madonny. Myślę, że nawet osoba, której gwiazda ta pozostaje całkowicie obojętna, będzie zainteresowana tym, w jaki sposób można stworzyć taką karierę i co ważniejsze, jaką cenę przyjdzie za to zapłacić. Polecam!


Wydawnictwo Pascal, Bielsko - Biała, 2010, stron 288, cena z  okładki 39,90

wtorek, 13 listopada 2012

 

Ray Bradbury zaliczany jest do najwybitniejszych amerykańskich twórców fantastyki. Wywodzi się z rodziny wydawców prasowych, przez co od najmłodszych lat miał styczność z magazynami pulpowymi i SF, co skłoniło go w wieku 19 lat do wydawania własnego fanzie i publikowania pierwszych opowiadań. Zadebiutował książką  „Dark Carnival” w roku 1847. Wielką sławę przyniosły mu takie powieści jak „Kroniki Marsjańskie” i „Człowiek ilustrowany”. Jego najsłynniejszą książką jest „451 stopni Fahrenheita”. Bradbury pisze książki do dzisiaj. Za całokształt twórczości otrzymał World Fantasy Award i nagrodę Brama Stokera.

Właściwie, to powinnam poprosić wszystkich o zamknięcie oczu, ale ze względu na to, że dość trudno czyta się z zamkniętymi oczami, to poproszę jedynie o wytężenie wyobraźni :)  A mianowicie. Czy potrafilibyście wyobrazić sobie świat, w którym wszystko co wartościowe, bogate intelektualnie i zachęcające do myślenia byłoby zakazane, a każde złamanie tego prawa karane w sposób bezwzględny i okrutny? Ciężko prawda? Dla Guy' a Montaga – głównego bohatera „451 stopni Fahrenheita” niestety jest to codzienność. Czytanie książek i samo ich posiadanie jest absolutnie zakazane, a złamanie tego prawa karane jest spaleniem całego dobytku, razem z domem, czemu oskarżony musi się przyglądać, a na sam koniec on sam zostaje aresztowany i znika w dziwnych okolicznościach. Przy domach nie można budować ganków, bo te zachęcają do rozmów, a te z kolei sprzyjają myśleniu. Bezcelowe spacery wieczorną porą? Wykluczone! Od razu jesteśmy wpisywani do akt policyjnych i zatrzymywani przy najbliższej okazji. Konsekwencją takiego zachowania jest potraktowanie nas śmiertelną trucizną, która jest nam wstrzykiwana przez mechanicznego psa. Nie ma sytuacji, w której musimy dokonać jakiegoś wyboru, bo wtedy też musielibyśmy się zastanowić, a nie można. Ma być szybkie pytanie i szybka odpowiedź, podana nam jak na tacy. Za to bez żadnych konsekwencji można poddawać się ogłupiającym mediom, które robią nam z mózgu papkę.

Główny bohater jest strażakiem, ale niech was nie zmyli ta nazwa. Strażacy już nie gaszą pożarów, oni je teraz wzniecają, by ukarać nieposłusznego obywatela za przeciwdziałanie państwu, na przykład poprzez posiadanie książek. Mężczyzna początkowo zadowolony z życia, nie zauważa tragedii jaka dzieje się wokół niego. Dopiero tragedia rodzinna z udziałem jego żony powoli otwiera mu oczy. Zaraz potem następuje wezwanie do szczególnego wypadku, w którym Guy musi spalić dom starszej kobiety, a tę samą zabić. Nie udaje mu się jednak, ponieważ kobieta sama podpala dom i popełnia samobójstwo. W głowie Guy' a wszystko zaczyna się kotłować. Powoli zdaje sobie sprawę, że wszystko co robił jest niewłaściwe, ale jak poradzić sobie samemu z ogromną machiną państwa? No chyba, że tak naprawdę nie jest sam.

Niesamowite w tej powieści jest to, że napisana ponad połowę wieku temu, nadal jest bardzo aktualna. Początkowo odbierana była, jako głos przeciwko totalitaryzmowi, teraz ukazuje drugie dno i zmusza do namysłu nad losem cywilizacji. Pomimo Tylu lat, wciąż szokuje i wzbudza pozytywne emocje.

Muszę tutaj wspomnieć również o przekładzie książki. Pierwszy przekład Pana Adama Kaski, który powstał ponad pięćdziesiąt lat temu jest dość ciężki w odbiorze w chwili obecnej, bo jak łatwo się domyślić od tego czasu język dość mocno się zmienił, przez co niektóre zwroty mogą być nie rozumiane właściwie. W 2008 roku książka została przełożona również przez Panią Iwonę Michałowską, która tłumaczenia dokonała językiem nowoczesnym, ale w sposób bardzo umiejętny, który absolutnie nie pomniejsza wartości oryginału. To który przekład przypadnie nam do gustu, musimy już ocenić sami.

Książkę tę polecam w sposób szczególny, ponieważ poza umileniem nam czasu, skłania do myślenia. Poza głównym wątkiem, odkrywamy również drugie dno, które bez problemu możemy przedłożyć w czasach obecnych, jako wielki problem, do którego często sami się przyczyniamy. Poza tym, książka okraszona jest w całe mnóstwo wspaniałych cytatów z takich książek jak „Podróże Guliwera” Oliwera Swifta, „Burza” Shakespeare’ a, czy z Biblii, które sprawnie wplecione są w dialogi bohaterów. Mi w pamięć szczególnie zapadł jeden:

„Dobrzy pisarze często dotykają życia.

Przeciętni zaledwie je muskają.

Beznadziejni – gwałcą je i zostawiają muchom na żer.”

Przepraszam, za tę dość długą recenzję, ale są książki, których nie da się opisać kilkoma zdaniami. Taką właśnie książką jest „451 stopni Fahrenheita” Bradbury’ ego, do lektury której bardzo zachęcam.

 

Wydawnictwo Solaris, Stawiguda, 2008, stron 219, cena z okładki 25,90

* cytat pochodzi ze strony 109

środa, 07 listopada 2012

 

Marcin Wrona jest znanym, polskim dziennikarzem. Pochodzi z Krakowa, gdzie ukończył II Liceum Ogólnokształcące, po czym podjął studia anglistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Początkowo pracował w radiu RMF FM jako Dj i reporter informacyjny, współprowadził również audycję  JW23. Następnie mogliśmy go oglądać w stacji TVN w roli prowadzącego talk – show „Pod Napięciem”. Od 2006 roku jest korespondentem Faktów w Stanach Zjednoczonych, gdzie przeprowadził się wraz  z rodziną.

W ostatnim czasie premierę miały dwie, na pozór podobne do siebie książki. Obie napisane przez polskich korespondentów, obie traktujące o Ameryce i życiu w niej. Jedną napisał Marek Wałkuski i ta zdobyła w krótką chwilę niesamowitą popularność.  Autorem drugiej jest Marcin Wrona i nie wiedzieć  czemu, ta książka została tak jakby przykryta cieniem tej pierwszej.  Udało mi się przeczytać obydwie, ale skupię się na drugiej, która skradła moje serce.

„Wrony w Ameryce” to subiektywne spojrzenie na kraj, który od zawsze budzi fantazje mieszkańców innych kontynentów. W oczach ukazują się sceny z amerykańskich filmów, w głowie kołacze zwrot „American Dream”, jednak jak to ma się w rzeczywistości? Czy faktycznie jest to niebo, tyle że na ziemi?

Temu i wielu innym zagadnieniom przygląda się Marcin Wrona wraz ze swoją rodziną. Nie ukrywa on, że Ameryka skradła jego serce, ale nie powiela wszystkich tez, jakie od dawna krążą między ludźmi. Wprost przyznaje, że początki były bardzo trudne i nie jednokrotnie w głowie pojawiała się myśl o tym, czy nie wrócić. Podejmuje również trudne tematy, takie jak rasizm, którego sam niejednokrotnie był świadkiem, legalizacja broni, czy też paradoksalne przepisy prawne. Opisuje w subiektywny sposób, wszystko to, co nie do końca jest dla nas jasne, a czemu mógł przyglądać się z bliska. O czym mowa? A no na przykład o kiczowatych atrakcjach, które rok rocznie przyciągają do przeróżnych stanów rzesze amerykańskich turystów, wyjaśnia również dlaczego przy szkołach stawiane są tabliczki z zakazem handlu narkotykami, skoro są one zabronione we wszystkich stanach? Zdradzi nam również co go łączy z Allem Capone i dlaczego nie warto parkować przy Białym Domu. Oczywiście w książce znajdziemy całe mnóstwo innych ciekawych informacji ,o tym płynącym Coca Colą kraju.

Dlaczego wybrałam właśnie tę książkę do opisania? Ponieważ urzekła mnie ona szczerością i nasyceniem własną opinią. Nie znajdziemy w niej grafik przedstawiających Nowojorskie wieżowce, których pełno wszędzie, ani przedrukowanych statystyk, a opisy własnych doświadczeń i obserwacji oraz prywatne zdjęcia z rodzinnego albumu .

Książka jest wspaniale stonowana, gdzie są powody, to śmiejemy się do łez, gdzie trzeba łapiemy się za głowę nie dowierzając, że takie coś może mieć miejsce. Marcin wrona nie kreuje się na znawcę Ameryki, nie próbuje również upodabniać się do obywateli tego kraju. Ceni sobie swoje pochodzenie i udowadnia, że jeżeli się chce, to można, ale czy warto? Myślę, że po przeczytaniu tej książki, nikt z nas nie będzie miał już żadnych wątpliwości.  

Według mnie książka ta zasługuje na uwagę, a dla osób marzących o amerykańskim życiu, jest to niemal pozycja obowiązkowa.

Wydawnictwo The Facto, Warszawa, 2012, stron 240, cena z okładki 36,90

piątek, 02 listopada 2012

 

Mary Hooper swoją przygodę z pisaniem rozpoczęła w dość nietypowy sposób, otóż pewnego dnia, gdy w gazecie przeczytała opowiadanie, stwierdziła, ze zrobiłaby to lepiej i tak właśnie to się zaczęło. Urodziła się w Londynie i wciąż w jej pracach da się wyczuć ogromny sentyment jakim darzy to miasto. Obecnie mieszka w hrabstwie Oxfordshire, gdzie jej głównym zajęciem jest opieka nad ukochanym  wnukiem.

„Siostra”, to utrzymana w gotyckiej stylistyce opowieść o dwóch siostrach Lilly i Grace, które po stracie rodziców trafiają do placówki opiekuńczej. Niestety w wyniku tragicznych okoliczności Grace zachodzi w ciążę, co zmusza dziewczyny do opuszczenia ośrodka i radzenia sobie na własną rękę, co nie jest proste w Londynie w roku 1861, gdzie bieda i choroby zbierają największe od stuleci żniwo.  Nie trudno się domyślić, że życie dziewcząt nie jest usłane różami, a biedą, głodem i przeplatającymi się problemami. Gdy nieoczekiwanie tracą dach nad głową, Grace postanawia podjąć pracę u największych potentatów pogrzebowych w mieście. Od samego początku jest pełna nieufności i jak się później okaże, jej obawy są słuszne. Bezwzględny klan Unwinów zaczyna plątać sieć intryg, o których siostry nie mają pojęcia, gdy jednak Grace dowie się prawdy, rozpocznie się wyścig z czasem, który zaważy na życiu dziewcząt.

Przyjemny styl i prosty język sprawia, że książkę czyta się bardzo szybko. To co bardzo mi się spodobało, to drobne smaczki, które w powieść wplotła autorka. Nieoczekiwane pojawienie się Dickensa (choć nie miał on nic wspólnego z głównym wątkiem)  i rozbudowanie wątków faktami historycznymi nadaje książce inny wymiar.


W powieści pojawiają się również opisy pięknych strojów, które były modne w tamtych czasach.

Każdy rozdział jest poprzedzony małym „smaczkiem” londyńskim z tamtych czasów. Kunsztownie napisane ogłoszenie, czy też pojęcia ze słownika Dickensa opisujące miasto i zachowania ludzi. Pozwala to bardziej wczuć się w charakter powieści. Miłym zaskoczeniem był również mały dodatek, w formie słownika wyjaśniający wiele kluczowych aspektów powieści, jak np. pogrzebowa linia kolejowa, czy sklepy i usługi, jakimi się wtedy imano.

Powieść uwidacznia tragiczne losy biednych ludzi, którym przyszło żyć w czasach, w których toczy się akcja. Bardzo widoczne rozwarstwienie społeczeństwa na bardzo bogatych i bardzo biednych. Podkreślone są tu również różnice społeczne, których nie było można zmieniać. Przykładem może tu być sytuacja z książki, która mówi o tym, że służba nie miała prawa myć się w domu swoich pracodawców, a musieli oni jedynie korzystać z publicznych łaźni dla biedoty. Z jednej strony walka o przetrwanie każdego kolejnego dnia, z drugiej strony rozpusta i rozrzutność bogaczy. Mary Hooper wszystko opisała bardzo realistycznie i z pasją, tworząc wspaniały obraz społeczeństwa tamtych czasów.

„Siostrą” zainteresowałam się dzięki jednej z blogerek, której recenzja bardzo mnie zaciekawiła i skłoniła do sięgnięcia po tę lekturę i nie mogę powiedzieć, że się zawiodłam, ale nie mogę również przyznać, że otrzymałam to, czego się spodziewałam. Książka choć bardzo wciągająca i trzymająca w napięciu, w pewnym momencie staje się także bardzo przewidywalna i oczywista, co troszkę studzi emocje. Zabrakło mi również wyjaśnienia wielu spraw, które pojawiły się wcześniej w treści, a o których tak jakby autorka zapomniała. Mimo to, książkę polecam i zachęcam do jej przeczytania. Ciekawa jestem waszych opinii. Pozdrawiam!

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

 

Jill Kargman jest amerykańską pisarką i dziennikarką. Pisze do takich magazynów jak: Vogue , Teen Vogue, Harper s Bazaar , Town & Country , Travel + Leisure , Elle , Elle Decor. Jest autorką kilku powieści dla dzieci, jednak rozgłos przyniosły jej dopiero książki dla dorosłych. Często współpracuje z Carrie Karasyov. Obecnie mieszka w Nowym Jorku. 

"Rozwód od Armaniego", to jedna z wielu powieści amerykańskich, stworzona według tego samego wzorca. Holly Talbott wiedzie szczęśliwe życie z mężem i synkiem. Bogactwo jakie zapewnia jej mąż pracujący w funduszach hedgingowych sprawia, że nie ma dla niej rzeczy niemożliwych. Blichtr, imprezy w najlepszym stylu, aukcje dobroczynne z milionowymi dotacjami, czy wakacje w luksusowych kurortach, to dla niej chleb powszedni. Wszystko zmienia się, gdy Holly odkrywa sekret, po którym jedynym wyjściem jest już tylko rozwód. I nagle okazuje się, że wielkie przyjaźnie, to tylko złudzenie, a wszystko znika wraz z pieniędzmi męża. Holly postawiona w nowych okolicznościach musi sobie poradzić tak, by nie stracić twarzy i dobrego humoru. 

Przyznam się szczerze, że nie miałam ochoty sięgać po tę książkę, jednak przekonała mnie Pani z biblioteki. Zerknęłam na opis z tyłu i pomyślałam, że nie musi być taka zła, jednak jak się później okazało, osoba odpowiedzialna za opis na okładce, najprawdopodobniej nie czytała w ogóle książki. Według opisu Holly miała spaść z bogatego życia w luksusach, do mieszkania w szemranej dzielnicy i dzięki pracy walczyć o godność. To własnie mnie zachęciło ostatecznie do przeczytania. Nic takiego jednak się nie dzieje. Holly po rozwodzie z mężem zostaje w tej samej dzielnicy, ba! nawet w tym samym mieszkaniu. Jeżeli chodzi o pracę, to faktycznie zaczyna takową, ale bynajmniej nie dlatego, że brakuje jej pieniędzy, lecz postanawia, że będzie to dla niej ciekawe przeżycie. W dalszym stopniu stać ją na podróże, czy drogie stroje, zmienia się jedynie jej podejście do pieniędzy i luksusu, jak łatwo się domyślić na lepsze. W dalszej części książki poznajemy jej miłosne podboje i w kółko słyszymy o zblazowanym towarzystwie bogaczy z funduszy hedgingowych. Właściwie, to cała książka aż ocieka nienawiścią do tego towarzystwa, nie da się ukryć, że ktoś z takiego środowiska musiał nieźle zajść za skórę autorce. Nie pozostawia ona na nich suchej nitki. Szczerze mówiąc miałam wrażenie, że sama książka powstała w wyniku zemsty. Wiele sytuacji jest mocno przesadzonych i podkolorowanych, a sama historia głównej bohaterki dość przewidywalna. 

Przeczytać, przeczytałam, lecz jest to jedna z tych książek, które nie dość, że zbyt wiele nie wnoszą, to jeszcze na dodatek szybko się o takich zapomina. Język jest bardzo prosty, czyli typowy dla takich powieści. Całość podzielona jest na 46 rozdziałów, a każdy poprzedzony jest cytatem związanym z nieudolnością instytucji małżeństwa. Po ostatnim rozdziale, mamy krótkie streszczenie dalszych losów bohaterów. 

"Prawdziwa kobieta powinna mieć cztery zwierzątka: jaguara w garażu, norkę w szafie, tygrysa w łóżku i osła, który za to wszystko zapłaci."

                                                                                                                               Zsa Zsa Gabor

Ta książka przelała czarę goryczy i zdecydowanie muszę sobie zrobić przerwę od tego typu powieści, bo jak się okazuje, wszystkie są do siebie bardzo podobne. Ten sam, w kółko powielany wzorzec i styl oraz przewidywalność. Wątpię również w to, żebym sięgnęła w przyszłości po inne powieści autorki. 

 
1 , 2 , 3 , 4


KONTAKT:

dominika.chachulska@interia.pl