środa, 12 grudnia 2012

Obca

Diana Jean Gabaldon Watkins jest amerykańską pisarką fantastyczną, publikująca pod swoim panieńskim nazwiskiem Diana Gabaldon. Jej najbardziej znane utwory, tworzące serie Obca i Lord John Grey, zaliczane są do fantastyki historycznej. Z wykształcenia jest biologiem, dzięki czemu wspaniale przybliża nam w powieści właściwości niektórych ziół :)

Nie jestem nawet w stanie zliczyć ile razy przechodziłam w księgarni obok książek Diany Gabaldon, a jednak nigdy nie zdecydowałam się na sięgnięcie po nie. Poniekąd było to spowodowane faktem, że jakoś ciężko było mi sobie wyobrazić, że połączenie romansu, powieści przygodowej, powieści historycznej i trochę fantasy mogłoby być dobre. A jednak! W końcu zdecydowałam się, że chociaż spróbuję przeczytać pierwszy tom, a jak mi się nie spodoba, to najwyżej odłożę. I odłożyłam… po dwóch dniach i jednej zarwanej nocy, kiedy dotarłam do ostatniej strony. Siadając do lektury szczerze wątpiłam w to, że spodoba mi się ta książka i nawet miałam alternatywę, gdybym jednak postanowiła ją po kilkudziesięciu stronach odłożyć. Stało się jednak zgoła inaczej i po dwóch dniach zatrważającej lektury, od razu sięgnęłam po drugi tom.

Główną bohaterką jest Claire Randall, która w czasie drugiej wojny światowej służyła jako pielęgniarka, kiedy jednak wojna się skończyła, postanowiła wraz z mężem odnowić nadszarpnięte przez rozłąkę relacje małżeńskie. W tym celu udali się do Szkocji, gdzie po pierwsze mieli się cieszyć sobą, a po drugie Frank, zatwardziały historyk chciał odnaleźć jak najwięcej informacji o swoim potomku Jacku Randalu, kapitanie Dragonów Jej Królewskiej Mości w XVII wieku. Niestety Frank zafascynowany odkrywaniem historii zaniedbuje żonę, a ta zaczyna się nudzić. Na ratunek przychodzi starszy okoliczny mieszkaniec, który proponuje Claire wyprawę na pobliskie wzgórza, by pokazać jej najrzadsze okazy ziół, jakie można tu spotkać. Claire, miłośniczka natury i zielarstwa bez zastanowienia się zgadza i nie kryje radości. Gdy następnego dnia udają się razem na wzgórze, oprócz ziół, Claire odkrywa również tajemniczy kamienny krąg, który jak się dowiaduje jest miejscem, w którym co roku spotykają się Druidki (czytaj okoliczne gospodynie) aby odbyć rytuał przesilenia (który akurat ma mieć miejsce jutro). Wraz z Frankiem postanawiają się przyjrzeć owemu rytuałowi. Szybko jednak się przekonują, że cała sytuacja jest delikatnie mówiąc żenująca i postanawiają wrócić do domu. Claire jednak jedna rzecz nie daje spokoju, zauważyła bowiem tam roślinę, której nigdy wcześniej nie widziała i postanawia tam wrócić, co robi zaraz następnego dnia, nie przebierając się nawet z piżamy. Tam jednak dochodzi do sytuacji, której nikt nie mógłby się spodziewać. Przechodząc przez szczelinę w kamieniu Claire przenosi się w czasie o dwieście lat. Oczywiście od razu pakuje się w kłopoty, wpadając w ręce nikogo innego jak właśnie Jacka Randalla, który bez ogródek postanawia ją zgwałcić. Na szczęście do tego nie dochodzi, bo z opresji bohaterkę ratuje klan okolicznych górali, którzy proponują jej również pomoc w schronieniu. Plan wydaje się prosty, Claire musi jak najszybciej wrócić na wzgórze i przejść przez szczelinę, z powrotem do swoich czasów. Jednak na drodze stanie jej Jamie, jeden z bohaterskich górali, który nie dość, że zmieni priorytety dziewczyny, to jeszcze na zawsze odmieni jej życie, ale czy na lepsze?

Nie martwcie się, że zdradziłam za dużo fabuły, bo to nie jest nawet jedna setna tego, co znajdziemy w książce. Za sprawą wielkiego talentu, Diana Gabaldon zapewni nam niesamowite emocje dzięki rozbudowanej akcji, krótkim, ale za to wspaniałym opisom i nietuzinkowym dialogom. Fenomenalna kreacja postaci nada powieści niesamowity charakter i sprawi, że na zmianę będziemy pocić się z emocji, śmiać do rozpuku, by zaraz zalać się łzami. Lekki język pomaga nam dosłownie przepłynąć przez kilkaset stron powieści, wprost w objęcia drugiego tomu.

Cała seria „Obcej” składa się na dzień dzisiejszy z siedmiu części, a już w następnym roku ma do nich dołączyć ósmy. Problem polega na dostępności tych książek. Zostały one kiedyś wydane przez Amber, później wznowione przez Świat Książki w wersji mikękko i twardo okładkowej. Obecnie wiele tomów jest na wyprzedażach z minimum 50% rabatem, ale niestety problemem jest właściwie nigdzie nieosiągalny tom drugi. Aby skompletować całość, można zasubskrybować sobie serię w sklepie Weldbild.pl. Kupując pierwszy tom, każdy następny będzie nam przysyłany co miesiąc.

Jako mól książkowy, bardzo chciałam, mieć te książki w swojej kolekcji i z pomocą przyszedł mój chłopak (który chyba był już zmęczony moim ciągłym jojczeniem o tej powieści) i nie wiem jakim cudem, ale udało mu się gdzieś dostać cały komplet….. WRAZ Z DRUGIM TOMEM. Myślałam, ze padnę z zachwytu, ale nie miałam czasu, bo musiałam zabierać się za czytanie.

Jak już pewnie widać po recenzji, książkę bardzo polecam i zdecydowanie zaliczam ją do jednej z moich ukochanych serii książkowych. Bardzo się cieszę, że w końcu zdecydowałam się po nią sięgnąć i miło się zaskoczyłam. Polecam!

Moja ocena 6/6

 Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa, 2010, stron 712, cena z okładki 44,90

środa, 21 listopada 2012

 

Mam kilka przyzwyczajeń, z którymi nie mogę wygrać, być może dlatego, że raczej nie staram się z nimi walczyć :) Jednym z takich przyzwyczajeń jest to, że jeżeli jakiś film powstał na podstawie książki, to nie obejrzę go, dopóki nie przeczytam książki.... swoją drogą często niestety jest tak, że po przeczytaniu książki nie mam już na film ochoty...

Innym przyzwyczajeniem jest czytanie książki do końca i z tym staram się walczyć. Kiedyś nawet gdy książka od początku nudziła i była ciężka do przebrnięcia, to nie było takiej opcji, bym ją odłożyła przed przeczytaniem ostatniej strony. Teraz bez skrupułów odkładam takową i sięgam po inną. Inaczej jest jednak w przypadku książek, które cieszą się dobrą opinią, a mi się nie podobają. Takie czytam do końca, a czasem nawet powtórnie, by zrozumieć co takiego ta książka ma w sobie, że porwała tłumy.

Kolejnym moim przyzwyczajeniem jest chęć poznawania bliżej sylwetek znanych ludzi. Uwielbiam czytać o tym, jak to się stało, że dana osoba wybrała taką ścieżkę życiową, co jej w tym pomogło, a co przeszkadzało. Ciekawi mnie ich życie prywatne. I tu z pomocą przychodzą biografie, które uwielbiam, choć to dość specyficzny gatunek książki. Nie łatwo trafić na rzetelną biografię, która dobrze przedstawi nam jakąś osobę w taki sposób, byśmy nie mieli wrażenia, że czytamy encyklopedię. Uwielbiam, gdy książki łamią stereotypy o ludziach i już nie raz się o tym przekonywałam na własnej skórze, np. w przypadku Wallis Simpson, która przez lata była uważana za potwora, który wtargnął w życie monarchii brytyjskiej i ją oczernił, a jak się okazało, to była zwykła kobieta, jakich wiele. Po prostu los tak chciał, że zakochała się nie w tym człowieku, co trzeba. Dla takich książek warto "tracić" czas. 

Jakiś czas temu Polską wstrząsnęła wiadomość o tym, że podczas najnowszej trasy koncertowej, Madonna zawita do naszego kraju. Media szalały, bilety rozeszły się jak ciepłe bułeczki, a kontrowersje spowodowane, rzekomo celowym doborem przez artystkę daty występu - 1 sierpnia, jeszcze dodały wszystkiemu rozgłosu. Ludzie nawet po kilkanaście godzin jechali, by zobaczyć niekwestionowaną królową popu na żywo. Niestety ja na koncercie nie byłam, lecz z relacji znajomych, którzy się wybrali wiem, że było to widowisko na najwyższym poziomie, a sam koncert był bardzo udany.


Mnie jednak to wydarzenie popchnęło do tego, by poznać tę artystkę bliżej. Postanowiłam więc sięgnąć po jedną z jej biografii i wybrałam najnowszą autorstwa Daryl Easlea i Eddi Fiegel. 


Nie zawiodłam się! Książka nie dość, że zawiera wiele zdjęć, to napisana jest z ogromną dbałością o każdy, nawet najdrobniejszy szczegół z życia gwiazdy. Porusza tematy od samego początku kariery Madonny, poprzez  pocałunek z Britney Spears, przez rozwód z mężem, aż do niemalże chwili obecnej. Wszystko opisane jest bardzo dokładnie, w oparciu o sprawdzone informacje. Bardzo cieszy mnie to, że książka nie robiła furory, tym co już wszyscy wiemy, a porusza  również wydarzenia, które nie skupiły na sobie blasków fleszy i zainteresowania mediów. Ciekawie przedstawiony został również charakter piosenkarki, jej podejście do życia, kariery i rodziny. Z pozoru "twarda babka", okazuje się dość delikatną osobą, która bardzo kocha swoją córkę i próbuje chronić ją, przed negatywnymi skutkami własnej sławy.

Warto wspomnieć, że polska wersja konsultowana była z Piotrem Metzem, czyli znanym w Polsce  "dobrym duchem" muzyki, co dodaje profesjonalizmu i udowadnia, że polskie wydanie było tworzone rzetelnie i z pasją.


Nie jest to lektura tylko dla fanów Madonny. Myślę, że nawet osoba, której gwiazda ta pozostaje całkowicie obojętna, będzie zainteresowana tym, w jaki sposób można stworzyć taką karierę i co ważniejsze, jaką cenę przyjdzie za to zapłacić. Polecam!


Wydawnictwo Pascal, Bielsko - Biała, 2010, stron 288, cena z  okładki 39,90

poniedziałek, 19 listopada 2012

 

Dziś trochę prywaty, choć ściśle związanej z książkami. Otóż, około dwóch tygodni temu w drodze do szkoły zauważyłam, że  we Wrocławiu przy Dworcu Świebodzkim otwarto Weltbild Outlet. Przez cały dzień chodziło mi po głowie, co też może tam być, bo to że książki, to wiedziałam, no ale Weltbild, to także ozdoby,  domowe rupiecie , odzież, biżuteria i milion innych dodatków. Niestety, za każdym razem gdy się tam wybierałam, było zamknięte.

Dziś w końcu udało mi się odwiedzić  ten sklep.  Poza całą masą przedziwnych ozdób ogrodowych oraz domowych, ubrań dla dzieci i rzeczy powszechnie do niczego nie potrzebnych, znalazłam  również kilka stosów (dosłownie stosów) książek. Tytułów nie było bardzo dużo, ale ogólnie było w czym wybierać. Problemem było to, że dosłownie trzeba było się przekopywać przez ogromne stosy książek umiejscowione na podłodze.  Nie było to łatwe, ale dla mola książkowego nie niemożliwe. Po około 40 minutach szczęśliwa szłam do kasy z całym koszykiem książkowych dobroci, a wśród nich znalazły się:

Ucieczka z Auschwitz - Pogożew Andriej

"Ucieczka z Auschwitz" Andrieja Pogożewa (cena 8,73 zamiast 34,90)

Żona godna zaufania - Goolrick Robert

"Żona godna zaufania" Roberta Goolricka (cena 9,13 zamiast 39,99)

Drżenie - Stiefvater Maggie

"Drżenie" Maggie Stiefvater (cena 9,13 zamiast 39,99)

Miasto poza czasem - Moriel Enrique

"Miasto poza czasem" Enrique Moriel (cena 8,70 zamiast 34,90)

Zamachowiec - Marklund Liza

"Zamachowiec" Lizy Marklund (cena 7,98 zamiast 34,90)

Życie Prywatne i Erotyczne w Starożytnej Grecji i Rzymie - Koper Sławomir

"Życie prywatne i erotyczne w starożytnej Grecji i Rzymie" Sławomira Kopra (cena 7,48 zamiast 33zł)

I moja największa zdobycz, z której cieszę się niesamowicie:

Miłosz. Biografia - Franaszek Andrzej

"Miłosz Biografia" Andrzeja Franaszeka (cena 15,88 zamiast 69,90)

Nie do końca wiem, jak wygląda system sprzedaży w tych sklepach, bo to dość często się zmienia. Podczas otwarcia na wstępie otrzymywało się rabat 50%, a w zależności od tego ile centymetrów liczył nas stosik, tyle procent rabatu otrzymywało się na całość. Z tego co zauważyłam, dziś obowiązywał rabat pół z połowy ceny. Jedno jest pewne, zakupy bardzo mi się opłaciły, bo za wszystko zapłaciłam mniej, niż musiałabym zapłacić za samą biografię Miłosza. Dlatego, gdy znajdziecie się gdzieś w pobliżu, to zachęcam Was do wstąpienia, bo jak widać warto :) Pozdrawiam, a już jutro nowa recenzja :)

wtorek, 13 listopada 2012

 

Ray Bradbury zaliczany jest do najwybitniejszych amerykańskich twórców fantastyki. Wywodzi się z rodziny wydawców prasowych, przez co od najmłodszych lat miał styczność z magazynami pulpowymi i SF, co skłoniło go w wieku 19 lat do wydawania własnego fanzie i publikowania pierwszych opowiadań. Zadebiutował książką  „Dark Carnival” w roku 1847. Wielką sławę przyniosły mu takie powieści jak „Kroniki Marsjańskie” i „Człowiek ilustrowany”. Jego najsłynniejszą książką jest „451 stopni Fahrenheita”. Bradbury pisze książki do dzisiaj. Za całokształt twórczości otrzymał World Fantasy Award i nagrodę Brama Stokera.

Właściwie, to powinnam poprosić wszystkich o zamknięcie oczu, ale ze względu na to, że dość trudno czyta się z zamkniętymi oczami, to poproszę jedynie o wytężenie wyobraźni :)  A mianowicie. Czy potrafilibyście wyobrazić sobie świat, w którym wszystko co wartościowe, bogate intelektualnie i zachęcające do myślenia byłoby zakazane, a każde złamanie tego prawa karane w sposób bezwzględny i okrutny? Ciężko prawda? Dla Guy' a Montaga – głównego bohatera „451 stopni Fahrenheita” niestety jest to codzienność. Czytanie książek i samo ich posiadanie jest absolutnie zakazane, a złamanie tego prawa karane jest spaleniem całego dobytku, razem z domem, czemu oskarżony musi się przyglądać, a na sam koniec on sam zostaje aresztowany i znika w dziwnych okolicznościach. Przy domach nie można budować ganków, bo te zachęcają do rozmów, a te z kolei sprzyjają myśleniu. Bezcelowe spacery wieczorną porą? Wykluczone! Od razu jesteśmy wpisywani do akt policyjnych i zatrzymywani przy najbliższej okazji. Konsekwencją takiego zachowania jest potraktowanie nas śmiertelną trucizną, która jest nam wstrzykiwana przez mechanicznego psa. Nie ma sytuacji, w której musimy dokonać jakiegoś wyboru, bo wtedy też musielibyśmy się zastanowić, a nie można. Ma być szybkie pytanie i szybka odpowiedź, podana nam jak na tacy. Za to bez żadnych konsekwencji można poddawać się ogłupiającym mediom, które robią nam z mózgu papkę.

Główny bohater jest strażakiem, ale niech was nie zmyli ta nazwa. Strażacy już nie gaszą pożarów, oni je teraz wzniecają, by ukarać nieposłusznego obywatela za przeciwdziałanie państwu, na przykład poprzez posiadanie książek. Mężczyzna początkowo zadowolony z życia, nie zauważa tragedii jaka dzieje się wokół niego. Dopiero tragedia rodzinna z udziałem jego żony powoli otwiera mu oczy. Zaraz potem następuje wezwanie do szczególnego wypadku, w którym Guy musi spalić dom starszej kobiety, a tę samą zabić. Nie udaje mu się jednak, ponieważ kobieta sama podpala dom i popełnia samobójstwo. W głowie Guy' a wszystko zaczyna się kotłować. Powoli zdaje sobie sprawę, że wszystko co robił jest niewłaściwe, ale jak poradzić sobie samemu z ogromną machiną państwa? No chyba, że tak naprawdę nie jest sam.

Niesamowite w tej powieści jest to, że napisana ponad połowę wieku temu, nadal jest bardzo aktualna. Początkowo odbierana była, jako głos przeciwko totalitaryzmowi, teraz ukazuje drugie dno i zmusza do namysłu nad losem cywilizacji. Pomimo Tylu lat, wciąż szokuje i wzbudza pozytywne emocje.

Muszę tutaj wspomnieć również o przekładzie książki. Pierwszy przekład Pana Adama Kaski, który powstał ponad pięćdziesiąt lat temu jest dość ciężki w odbiorze w chwili obecnej, bo jak łatwo się domyślić od tego czasu język dość mocno się zmienił, przez co niektóre zwroty mogą być nie rozumiane właściwie. W 2008 roku książka została przełożona również przez Panią Iwonę Michałowską, która tłumaczenia dokonała językiem nowoczesnym, ale w sposób bardzo umiejętny, który absolutnie nie pomniejsza wartości oryginału. To który przekład przypadnie nam do gustu, musimy już ocenić sami.

Książkę tę polecam w sposób szczególny, ponieważ poza umileniem nam czasu, skłania do myślenia. Poza głównym wątkiem, odkrywamy również drugie dno, które bez problemu możemy przedłożyć w czasach obecnych, jako wielki problem, do którego często sami się przyczyniamy. Poza tym, książka okraszona jest w całe mnóstwo wspaniałych cytatów z takich książek jak „Podróże Guliwera” Oliwera Swifta, „Burza” Shakespeare’ a, czy z Biblii, które sprawnie wplecione są w dialogi bohaterów. Mi w pamięć szczególnie zapadł jeden:

„Dobrzy pisarze często dotykają życia.

Przeciętni zaledwie je muskają.

Beznadziejni – gwałcą je i zostawiają muchom na żer.”

Przepraszam, za tę dość długą recenzję, ale są książki, których nie da się opisać kilkoma zdaniami. Taką właśnie książką jest „451 stopni Fahrenheita” Bradbury’ ego, do lektury której bardzo zachęcam.

 

Wydawnictwo Solaris, Stawiguda, 2008, stron 219, cena z okładki 25,90

* cytat pochodzi ze strony 109

środa, 07 listopada 2012

 

Marcin Wrona jest znanym, polskim dziennikarzem. Pochodzi z Krakowa, gdzie ukończył II Liceum Ogólnokształcące, po czym podjął studia anglistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Początkowo pracował w radiu RMF FM jako Dj i reporter informacyjny, współprowadził również audycję  JW23. Następnie mogliśmy go oglądać w stacji TVN w roli prowadzącego talk – show „Pod Napięciem”. Od 2006 roku jest korespondentem Faktów w Stanach Zjednoczonych, gdzie przeprowadził się wraz  z rodziną.

W ostatnim czasie premierę miały dwie, na pozór podobne do siebie książki. Obie napisane przez polskich korespondentów, obie traktujące o Ameryce i życiu w niej. Jedną napisał Marek Wałkuski i ta zdobyła w krótką chwilę niesamowitą popularność.  Autorem drugiej jest Marcin Wrona i nie wiedzieć  czemu, ta książka została tak jakby przykryta cieniem tej pierwszej.  Udało mi się przeczytać obydwie, ale skupię się na drugiej, która skradła moje serce.

„Wrony w Ameryce” to subiektywne spojrzenie na kraj, który od zawsze budzi fantazje mieszkańców innych kontynentów. W oczach ukazują się sceny z amerykańskich filmów, w głowie kołacze zwrot „American Dream”, jednak jak to ma się w rzeczywistości? Czy faktycznie jest to niebo, tyle że na ziemi?

Temu i wielu innym zagadnieniom przygląda się Marcin Wrona wraz ze swoją rodziną. Nie ukrywa on, że Ameryka skradła jego serce, ale nie powiela wszystkich tez, jakie od dawna krążą między ludźmi. Wprost przyznaje, że początki były bardzo trudne i nie jednokrotnie w głowie pojawiała się myśl o tym, czy nie wrócić. Podejmuje również trudne tematy, takie jak rasizm, którego sam niejednokrotnie był świadkiem, legalizacja broni, czy też paradoksalne przepisy prawne. Opisuje w subiektywny sposób, wszystko to, co nie do końca jest dla nas jasne, a czemu mógł przyglądać się z bliska. O czym mowa? A no na przykład o kiczowatych atrakcjach, które rok rocznie przyciągają do przeróżnych stanów rzesze amerykańskich turystów, wyjaśnia również dlaczego przy szkołach stawiane są tabliczki z zakazem handlu narkotykami, skoro są one zabronione we wszystkich stanach? Zdradzi nam również co go łączy z Allem Capone i dlaczego nie warto parkować przy Białym Domu. Oczywiście w książce znajdziemy całe mnóstwo innych ciekawych informacji ,o tym płynącym Coca Colą kraju.

Dlaczego wybrałam właśnie tę książkę do opisania? Ponieważ urzekła mnie ona szczerością i nasyceniem własną opinią. Nie znajdziemy w niej grafik przedstawiających Nowojorskie wieżowce, których pełno wszędzie, ani przedrukowanych statystyk, a opisy własnych doświadczeń i obserwacji oraz prywatne zdjęcia z rodzinnego albumu .

Książka jest wspaniale stonowana, gdzie są powody, to śmiejemy się do łez, gdzie trzeba łapiemy się za głowę nie dowierzając, że takie coś może mieć miejsce. Marcin wrona nie kreuje się na znawcę Ameryki, nie próbuje również upodabniać się do obywateli tego kraju. Ceni sobie swoje pochodzenie i udowadnia, że jeżeli się chce, to można, ale czy warto? Myślę, że po przeczytaniu tej książki, nikt z nas nie będzie miał już żadnych wątpliwości.  

Według mnie książka ta zasługuje na uwagę, a dla osób marzących o amerykańskim życiu, jest to niemal pozycja obowiązkowa.

Wydawnictwo The Facto, Warszawa, 2012, stron 240, cena z okładki 36,90

piątek, 02 listopada 2012

 

Mary Hooper swoją przygodę z pisaniem rozpoczęła w dość nietypowy sposób, otóż pewnego dnia, gdy w gazecie przeczytała opowiadanie, stwierdziła, ze zrobiłaby to lepiej i tak właśnie to się zaczęło. Urodziła się w Londynie i wciąż w jej pracach da się wyczuć ogromny sentyment jakim darzy to miasto. Obecnie mieszka w hrabstwie Oxfordshire, gdzie jej głównym zajęciem jest opieka nad ukochanym  wnukiem.

„Siostra”, to utrzymana w gotyckiej stylistyce opowieść o dwóch siostrach Lilly i Grace, które po stracie rodziców trafiają do placówki opiekuńczej. Niestety w wyniku tragicznych okoliczności Grace zachodzi w ciążę, co zmusza dziewczyny do opuszczenia ośrodka i radzenia sobie na własną rękę, co nie jest proste w Londynie w roku 1861, gdzie bieda i choroby zbierają największe od stuleci żniwo.  Nie trudno się domyślić, że życie dziewcząt nie jest usłane różami, a biedą, głodem i przeplatającymi się problemami. Gdy nieoczekiwanie tracą dach nad głową, Grace postanawia podjąć pracę u największych potentatów pogrzebowych w mieście. Od samego początku jest pełna nieufności i jak się później okaże, jej obawy są słuszne. Bezwzględny klan Unwinów zaczyna plątać sieć intryg, o których siostry nie mają pojęcia, gdy jednak Grace dowie się prawdy, rozpocznie się wyścig z czasem, który zaważy na życiu dziewcząt.

Przyjemny styl i prosty język sprawia, że książkę czyta się bardzo szybko. To co bardzo mi się spodobało, to drobne smaczki, które w powieść wplotła autorka. Nieoczekiwane pojawienie się Dickensa (choć nie miał on nic wspólnego z głównym wątkiem)  i rozbudowanie wątków faktami historycznymi nadaje książce inny wymiar.


W powieści pojawiają się również opisy pięknych strojów, które były modne w tamtych czasach.

Każdy rozdział jest poprzedzony małym „smaczkiem” londyńskim z tamtych czasów. Kunsztownie napisane ogłoszenie, czy też pojęcia ze słownika Dickensa opisujące miasto i zachowania ludzi. Pozwala to bardziej wczuć się w charakter powieści. Miłym zaskoczeniem był również mały dodatek, w formie słownika wyjaśniający wiele kluczowych aspektów powieści, jak np. pogrzebowa linia kolejowa, czy sklepy i usługi, jakimi się wtedy imano.

Powieść uwidacznia tragiczne losy biednych ludzi, którym przyszło żyć w czasach, w których toczy się akcja. Bardzo widoczne rozwarstwienie społeczeństwa na bardzo bogatych i bardzo biednych. Podkreślone są tu również różnice społeczne, których nie było można zmieniać. Przykładem może tu być sytuacja z książki, która mówi o tym, że służba nie miała prawa myć się w domu swoich pracodawców, a musieli oni jedynie korzystać z publicznych łaźni dla biedoty. Z jednej strony walka o przetrwanie każdego kolejnego dnia, z drugiej strony rozpusta i rozrzutność bogaczy. Mary Hooper wszystko opisała bardzo realistycznie i z pasją, tworząc wspaniały obraz społeczeństwa tamtych czasów.

„Siostrą” zainteresowałam się dzięki jednej z blogerek, której recenzja bardzo mnie zaciekawiła i skłoniła do sięgnięcia po tę lekturę i nie mogę powiedzieć, że się zawiodłam, ale nie mogę również przyznać, że otrzymałam to, czego się spodziewałam. Książka choć bardzo wciągająca i trzymająca w napięciu, w pewnym momencie staje się także bardzo przewidywalna i oczywista, co troszkę studzi emocje. Zabrakło mi również wyjaśnienia wielu spraw, które pojawiły się wcześniej w treści, a o których tak jakby autorka zapomniała. Mimo to, książkę polecam i zachęcam do jej przeczytania. Ciekawa jestem waszych opinii. Pozdrawiam!

wtorek, 30 października 2012

Jak się okazuje, nie tylko światem ubrań, czy kosmetyków rządzą pewne trendy, czy ciekawe urozmaicenia. W książkowym świecie coraz częściej można zauważyć dążenie do pewnych "nowoczesnych" standardów, czy wprowadzanie nowych, technicznych ciekawostek. 

Największym wzięciem, cieszą się jednak coraz to nowe gadżety, które to czytanie mają urozmaicać, lub ułatwiać. Sama na kilka się skusiłam i pewnie na tym się nie skończy :)

Inteligentna zakładka, która razem z nami podąża strona, po stronie, by w jak najbardziej odpowiednim momencie się zatrzymać i zaznaczyć, gdzie skończyliśmy.

Ciekawy gadżet dla tych, którzy swoją prywatną biblioteczkę wciąż sukcesywnie powiększają.

Zdecydowanie przydatna rzecz, która ułatwi czytanie i picie kawy w tym samym czasie :)

Można powiedzieć, ze banalne, a genialne... A przy okazji bardzo pomocne i proste w wykonaniu :)

Oj za tym cudeńkiem, to muszę się koniecznie rozejrzeć :) To dopiero wygoda :)

To co prawda nie przyda się raczej podczas czytania książek, ale na pewno ma z nimi dużo wspólnego. Pewnie nie jeden mol książkowy chciałby taki pokrowiec mieć w swojej kolekcji :)

Ten sprytny gadżet na pewno ułatwi powrót do lektury, bez tracenia czasu na szukanie momentu, na którym skończyliśmy :)

Zbyt mały tekst? Nie szkodzi, zakładka z lupą, na pewno ułatwi czytanie!

No a kiedy zdecydujemy się na książkowe etui na laptopa, to możemy dobrać do tego równiez krawat :)

Na sam koniec mój zdecydowany faworyt, czyli torba, w której zawsze znajdziemy miejsce na książkę, bez obaw, ze się zniszczy, a na dodatek może całkiem przypadkiem podsuniemy komuś pod nos pomysł na ciekawą lekturę...

A wam jak się podobają takie gadżety? Zdecydowalibyście się na któryś z nich?

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

 

Jill Kargman jest amerykańską pisarką i dziennikarką. Pisze do takich magazynów jak: Vogue , Teen Vogue, Harper s Bazaar , Town & Country , Travel + Leisure , Elle , Elle Decor. Jest autorką kilku powieści dla dzieci, jednak rozgłos przyniosły jej dopiero książki dla dorosłych. Często współpracuje z Carrie Karasyov. Obecnie mieszka w Nowym Jorku. 

"Rozwód od Armaniego", to jedna z wielu powieści amerykańskich, stworzona według tego samego wzorca. Holly Talbott wiedzie szczęśliwe życie z mężem i synkiem. Bogactwo jakie zapewnia jej mąż pracujący w funduszach hedgingowych sprawia, że nie ma dla niej rzeczy niemożliwych. Blichtr, imprezy w najlepszym stylu, aukcje dobroczynne z milionowymi dotacjami, czy wakacje w luksusowych kurortach, to dla niej chleb powszedni. Wszystko zmienia się, gdy Holly odkrywa sekret, po którym jedynym wyjściem jest już tylko rozwód. I nagle okazuje się, że wielkie przyjaźnie, to tylko złudzenie, a wszystko znika wraz z pieniędzmi męża. Holly postawiona w nowych okolicznościach musi sobie poradzić tak, by nie stracić twarzy i dobrego humoru. 

Przyznam się szczerze, że nie miałam ochoty sięgać po tę książkę, jednak przekonała mnie Pani z biblioteki. Zerknęłam na opis z tyłu i pomyślałam, że nie musi być taka zła, jednak jak się później okazało, osoba odpowiedzialna za opis na okładce, najprawdopodobniej nie czytała w ogóle książki. Według opisu Holly miała spaść z bogatego życia w luksusach, do mieszkania w szemranej dzielnicy i dzięki pracy walczyć o godność. To własnie mnie zachęciło ostatecznie do przeczytania. Nic takiego jednak się nie dzieje. Holly po rozwodzie z mężem zostaje w tej samej dzielnicy, ba! nawet w tym samym mieszkaniu. Jeżeli chodzi o pracę, to faktycznie zaczyna takową, ale bynajmniej nie dlatego, że brakuje jej pieniędzy, lecz postanawia, że będzie to dla niej ciekawe przeżycie. W dalszym stopniu stać ją na podróże, czy drogie stroje, zmienia się jedynie jej podejście do pieniędzy i luksusu, jak łatwo się domyślić na lepsze. W dalszej części książki poznajemy jej miłosne podboje i w kółko słyszymy o zblazowanym towarzystwie bogaczy z funduszy hedgingowych. Właściwie, to cała książka aż ocieka nienawiścią do tego towarzystwa, nie da się ukryć, że ktoś z takiego środowiska musiał nieźle zajść za skórę autorce. Nie pozostawia ona na nich suchej nitki. Szczerze mówiąc miałam wrażenie, że sama książka powstała w wyniku zemsty. Wiele sytuacji jest mocno przesadzonych i podkolorowanych, a sama historia głównej bohaterki dość przewidywalna. 

Przeczytać, przeczytałam, lecz jest to jedna z tych książek, które nie dość, że zbyt wiele nie wnoszą, to jeszcze na dodatek szybko się o takich zapomina. Język jest bardzo prosty, czyli typowy dla takich powieści. Całość podzielona jest na 46 rozdziałów, a każdy poprzedzony jest cytatem związanym z nieudolnością instytucji małżeństwa. Po ostatnim rozdziale, mamy krótkie streszczenie dalszych losów bohaterów. 

"Prawdziwa kobieta powinna mieć cztery zwierzątka: jaguara w garażu, norkę w szafie, tygrysa w łóżku i osła, który za to wszystko zapłaci."

                                                                                                                               Zsa Zsa Gabor

Ta książka przelała czarę goryczy i zdecydowanie muszę sobie zrobić przerwę od tego typu powieści, bo jak się okazuje, wszystkie są do siebie bardzo podobne. Ten sam, w kółko powielany wzorzec i styl oraz przewidywalność. Wątpię również w to, żebym sięgnęła w przyszłości po inne powieści autorki. 

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

 

Truman Capote, a właściwie Truman Streckfus Persons, to wywodzący się z południa, amerykański pisarz. Zadebiutował powieścią "Zatrzaśnij ostatnie drzwi", jednak dopiero takie dzieła jak: "Inne głosy, inne ściany", czy "Harfa traw" przyniosły mu uznanie. Słynął przede wszystkim z delikatności i subtelności, jakie królowały w jego powieściach oraz wdziękiem stylistycznym, w który je ubierał. "Śniadanie u Tiffany'ego" szybko zdobyło uznanie krytyków i znalazło się na szczycie listy bestsellerów NYT. Zmarł w 1984 roku. 

"Śniadanie u Tiffany'ego" to jedno z najsławniejszych opowiadań pisarza. Z perspektywy młodego mężczyzny, sąsiada i przyjaciela Holly Golighty, poznajemy tę własnie młodą osóbkę. Z jednej strony kobietę, która twardo stąpa po ziemi, wie czego chce i jak to zdobyć. Z drugiej strony, kruchą dziewczynę, która hulankami i imprezowym stylem życia próbuje przyćmić strach przed dorosłością. Spokój i równowagę znajduje jedynie u sławnego jubilera Tiffany'ego. Zrządzenie losu sprawi, że decyzja jaką przyjdzie jej podjąć, okaże się najprawdopodobniej najważniejszą decyzją w jej życiu.

Gdyby ktoś się mnie zapytał w prost, o czym jest ta książka, to chyba nie umiałabym odpowiedzieć jednoznacznie. Z jednej strony to opowieść o młodej, kruchej dziewczynie, która niepewnie czuje się nawet we własnej skórze, z drugiej strony to historia przyjaźni i platonicznej miłości młodego pisarza, który w Holly odnajduje bratnią duszę. Być może to opowieść o realiach życia, jakie panowało w Nowym Jorku w czasie II Wojny Światowej. Jedno jest pewne, to bardzo poruszająca i smutna historia o zagubieniu, strachu przed samym sobą i marzeniach, których nie da się spełnić. 

Urzekł mnie styl, w jakim opowiadanie zostało napisane. Królują tu delikatność, niedopowiedzenia i szczerość uczuć. Nie dziwię się, że to niespełna dziewięćdziesięcio stronnicowe opowiadanie podbiło serca tak wielu i pomimo długiego czasu od opublikowania dalej nie daje o sobie zapomnieć. To wielki sukces umieścić tak wiele przekazu, w tak krótkiej treści. Capote'owi się to zdecydowanie udało. 

W 1961 roku powstała ekranizacja w reżyserii Blake'a Edwardsa, a główną rolę, w sposób fenomenalny zagrała Audrey Hepburn. Film, podobnie jak książka zdobył wielkie uznanie i na trwałe wpisał się w kanon najlepszych filmów w historii kina. 

czwartek, 16 sierpnia 2012

 

Myślę, że Stephena Kinga nikomu nie trzeba przedstawiać. Niekwestionowany król horroru, którego powieści w większości zostały zekranizowane. Fakt, że jego książki rozeszły się w przeszło 350 mln egzemplarzy czyni go jednym z najpoczytniejszych pisarzy świata. Wcześniej tworzył jako Richard Bachman, czy tez John Switchen. W 2003 roku został odznaczony prestiżową nagrodą DCAL (Medal za wybitny wkład w literaturę amerykańską) przez National Book Foundation.

Wyobraźmy sobie przyszłość, w której zwykła rozrywka już nie cieszy i nie ekscytuje, tak jak kiedyś. Zwykłe teleturnieje przestają interesować. Władze, by utrzymać zainteresowanie mediów muszą stworzyć coś, co przyciągnie tłumy. Tak oto pada pomysł tytułowego Wielkiego Marszu. Zasady są proste. Stu wyselekcjonowanych, nastoletnich chłopców ustawia się na starcie w północnej części stanu Maine, a po ogłoszeniu rozpoczęcia zaczynają iść przed siebie z prędkością 4 mil na godzinę. Nie mogą zwolnić, nie mogą się zatrzymać, każdy taki występek nagradzany jest naganą, przy trzeciej zawodnik zostaje zastrzelony z karabinu. Meta będzie tam, gdzie padnie przedostatni. 

Całą historię poznajemy z perspektywy jednego z chłopców, który nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji, jaką bez wątpienia jest udział w show, postanawia spróbować, od tej pory myśląc tylko o wygranej. Akcja powieści toczy się w trakcie trwania marszu, podczas którego poznajemy charaktery chłopców, ich sposób patrzenia na świat i to, co ich nakłoniło do wzięcia w nim udziału. To dość osobliwe, psychologiczne staudium zachowania ludzkiego, gdy nie posiadając już innego wyjścia musimy wbrew wszystkiemu dążyć przed siebie i godzić się z tym, że porażka przyjaciela przybliża nas do zwycięstwa. 

Przed "Wielkim Marszem" czytałam jeszcze cykl "Mroczna Wieża", więc twórczość Kinga nie była mi tak dobrze znana, jak innym. To właśnie z perspektywy tych powieści, poznawałam go, jako pisarza. Być może wybrałam złe książki, być może spodziewałam się czegoś innego, ale żadna z tych powieści mnie nie porwała. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to omijanie przez autora, wcześniej zaczętych wątków. To było bardzo widoczne podczas "Wielkiego...". Początkowo bardzo skrupulatnie uwaga zwracana jest na, to kto poległ i dlaczego. Nagle od połowy książki, jest to kompletnie pomijane, a zakończenie ni stąd ni zowąd spada na nas, nie wyjaśniając nic. I to zakończenie, to jest moje drugie ale. O ile w przypadku "Mrocznej Wieży", niesamowite zakończenie w pewnym sensie rekompensowało dłużącą się akcje i nudę, która wkradała się w trakcie czytania, tak w "Wielkim Marszu", nie odpowiada na istotne pytania z treści, pozostawiając pewien niedosyt. Otwarte zakończenia, w których możemy sobie sami dopowiedzieć resztę są dobre, ale nie w przypadku książek, których sens opiera się właśnie o to jedno, jasne rozwiązanie. Przyznam szczerze, że bardzo się zawiodłam i postanowiłam nie sięgać na razie po inne powieści tego autora. 

Styl i język, w jakim napisana jest powieść, to zwykłe żargonowe słowa, w których pełno wulgaryzmów i banalności. Wydaje mi się, że jednak jest to calowe zagranie autora, by bardziej wprowadzić nas w świat nastoletnich chłopców, którzy nawet w tak trudnej sytuacji często myślą o seksie i zabawie. Książka co prawda podzielona jest na rozdziały, jednak nie mają one większego znaczenia. Często rozdział kończy się w trakcie jakiegoś zdarzenia, przez co od razu musimy przejść do następnego. Nie oddzielają one wątków ani sytuacji. 

Na koniec dodam, że po książkę sięgnęłam ze względu na to, że często mówiło się o tym, iż Suzanne Collins pisząc swoje bestsellerowe "Igrzyska Śmierci" wzorowała się właśnie na tej powieści Kinga. Nie wiem, czy to prawda, jednak ja nie znalazłam żadnych, nawet najmniejszych podobieństw, oprócz tego, że akcja książek rozgrywa się na terenie Stanów Zjednoczonych Ameryki w dalekiej przyszłości. 

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5


KONTAKT:

dominika.chachulska@interia.pl