sobota, 09 lutego 2013

 

Napisanie powieści, która porwie serce tłumów, było ogromnym marzeniem E L James, odkąd ta była dzieckiem. Niestety plany te musiała odłożyć w czasie, by zająć się rodziną. Kiedy jednak przełamała wątpliwości i zadebiutowała książką "Pięćdziesiąt twarzy Greya", to od razu rozpętała niesamowite szaleństwo, pobijając co raz to nowe rekordy sprzedażowe. 

Przyznam szczerze, że zastanawiałam się, czy w ogóle zamieszczać recenzję tej książki na moim blogu, bo w sieci krąży ich już całe mnóstwo. Postanowiłam jednak, że skoro wymęczyłam już te kilkaset stron, to coś o niej naskrobię. Dobra wiadomość jest taka, że udało mi się ją doczytać do końca (to naprawdę ogromny sukces), zła wiadomość jest taka, że chyba niczym Was nie zaskoczę, bo moje zdanie na temat tej powieści jest podobne do większości, czyli niezbyt dobre.

W powieści poznajemy młodziutką studentkę Anastasię Steele, która w zastępstwie za koleżankę ze studiów jedzie przeprowadzić wywiad ze znanym rekinem biznesu Christianem Greyem. Mężczyzna budzi w dziewczynie mieszane uczucia, z jednej strony ją intryguje i pociąga, z drugiej – onieśmiela. Budzą się w niej wcześniej nieznane uczucia, z którymi nie potrafi wygrać. Po skończonym wywiadzie postanawia jednak o wszystkim zapomnieć, co okazuje się niemożliwe, bo następnego dnia mężczyzna zjawia się w sklepie, w którym Anastasia sobie dorabia. Nie dość, że ma czelność pojawić się w jej życiu ponownie, to jeszcze na dodatek proponuje spotkanie, które na zawsze odmieni Anastasię i jej dotychczasowe życie, podporządkowując je dość wysublimowanym regułom. Dziewczyna nie wie niestety o jednym, że to w co się pakuje, nie jest do końca normalną sytuacją. Czy Anastasia sobie z tym poradzi i co ważniejsze, czy jej się to spodoba?

W tym miejscu powinnam napisać co nieco o tym, jak odbieram fabułę, jednak zastanawiam się, czy w ogóle można w tym przypadku mówić o jakiejkolwiek fabule. To może zacznę od tego, że sam pomysł pomimo tego, że jest definitywnym fanFiction sagi „Zmierzch” Stephenie Meyer, to nie jest zły i może faktycznie byłoby coś z tego, gdyby nie fatalny warsztat (a właściwie jego brak) autorki. Kompletnie bezsensownie dobrane zwroty do sytuacji i ciągłe używanie tych samych określeń,  do w kółko powtarzających się zdarzeń.

Dla ciekawskich, to tak wygląda Św. Barnaba, którego nawoływała główna bohaterka, w dość nietypowych, jak na tę postać momentach.

Jedno co od razu nasunęło mi się na myśl, to że główna bohaterka ma spore problemy z ciśnieniem krwi, bo ciągle się rumieni, nawet nie będę poruszać tematu jej wewnętrznej bogini, bo to już nawet nie było śmieszne. Nie chcę zostać źle zrozumiana, bo nie aspiruję do kobiecej wersji Dr House’a, ale co do głównego bohatera też mam pewne podejrzenia, a mianowicie, że może on cierpieć na jakieś delikatne zwyrodnienie kręgosłupa, bo ciągle przechyla mu się głowa. Wiem, że powyższe może brzmieć dziwnie, ale wszystkie te sytuacje spotykamy częściej niż raz na dwie strony…

Ciekawa byłam jak autorka opisze sceny erotyczne, których w tej książce nie brakuje, ale niestety nawet tutaj nie pochwaliła się ani umiejętnościami pisarskimi, ani nawet kobiecą wyobraźnią. Czytając miałam wrażenie, że właściwie co jakiś czas powtarzają się te same sceny, było to nie tylko denerwujące, ale przede wszystkim nudzące.

Moje pytanie brzmi – skąd do licha ten bestseller? Dlaczego tak słaba książka doczekała się miana hitu?! Nie znajdziemy tu ani wybitnego kunsztu literackiego, ani ładnego stylu, czy oryginalnego języka, nawet nasza wyobraźnia nie zostanie w żaden sposób dopieszczona, bo i czym?!

Szczerze mówiąc był to stracony czas i pieniądze wyrzucone w błoto. Po kolejną część na pewno nie sięgnę, bo pomimo, że ostatnich kilkanaście stron faktycznie mogło zaciekawić, to całość książki raczej bez ogródek pokazuje, czego możemy się spodziewać. Według mnie jest to bardzo słaba pozycja i przykład na to, że PR i dobry marketing nie zawsze idą w parze z produktem godnym uwagi. Najgorętsza premiera roku? Ja bym raczej powiedziała klapa stulecia, ale przypominam, że jest to tylko moja subiektywna opinia. Bardzo chciałabym się dowiedzieć, czy czytaliście? I co ważniejsze jakie jest Wasze zdanie na temat tej powieści.

niedziela, 03 lutego 2013

Ostatnimi czasy bardzo modne stało się podkreślanie i rozgłaszanie na lewo i prawo, jaki to niski mamy poziom czytelnictwa w Polsce. Zewsząd atakują nas coraz to nowe, przedrukowane statystki, które jasno pokazują, że niższy poziom czytelnictwa zanotowany jest jedynie wśród populacji pingwinów zamieszkujących tereny Antarktydy.

Początkowo faktycznie trudno było mi uwierzyć, że sporo ponad połowa Polaków w ciągu roku nie przegląda absolutnie żadnej książki, nawet tej, w której tekstu brak, tylko same obrazki. Co gorsza, przyznając się do tego, nie odczuwają żadnego zażenowania, czy wstydu, wręcz czują się normalnie. I nie ma się co dziwić, w końcu są w większości. Muszę jednak przyznać, że powtarzanie tych informacji w kółko, zamiast jeszcze bardziej mnie szokować, zaczęło po prostu nudzić. Zatraciłam sens czytania czegoś, co tak naprawdę biernie ma tylko służyć sprzedawaniu nam newsów, a nie poprawie takiego stanu rzeczy.

Jednak ostatnio nastąpił przełom. Osoby czynnie oddane kulturze, a w szczególności literaturze postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i poruszyć samą górę. W tym szczytnym celu wystosowali listo otwarty KLIK do Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego - Bogdana Zdrojewskiego.

Całość listu ma bardzo dramatyczny charakter, a wraz z jego czytaniem napięcie rośnie niczym w filmach Hitchcocka. Ogólnie rzecz biorąc z listu wynika przede wszystkim, że to brak odpowiedniego poziomu finansowania tej właśnie sfery kultury wpływa na tak tragiczne wyniki i ciągły spadek czytelnictwa w naszym kraju. Pada pomysł, by przede wszystkim bardziej promować rynek literatury oraz (i tutaj wyczuwalny był największy nacisk) aby znacznie zwiększyć finansowanie bibliotek, bo te nie posiadając "książek, o których właśnie się mówi" nie zachęcają do czytelnictwa.

Muszę przyznać, że początkowo twierdząco przytaknęłam głową, by jednak po krótkim zastanowieniu, przytaknięcie zastąpić ironicznym uśmiechem. Nie chcę oczywiście całej tej sytuacji wyśmiewać i cieszę się, że są osoby, które podejmują pewną walkę z zastałą rzeczywistością, jednak mam nieodparte wrażenie, że to nie tędy droga.

Spójrzmy na to z innej strony. Jakie zazwyczaj powody podajemy, gdy próbujemy zdefiniować w czym tkwi problem, powodujący tak niskie zainteresowanie czytelnictwem? No po pierwsze, że ceny książek są za wysokie, za mało nowości jest w bibliotekach, nie organizuje się zbyt wielu wydarzeń poświęconych właśnie literaturze etecera, etecera. Jednak, czy faktycznie, tylko to? Chyba jednak nie, bo przecież gro ludzi jednak po te książki sięga i mimo wielu przeszkód, jednak dają radę utrzymywać swoje własne wyniki statystyczne na bardzo wysokim poziomie. Spójrzmy prawdzie w oczy, jeżeli chcemy przeczytać jakąś książkę, to mamy milion możliwości by to zrobić, nie wydając przy tym często ani złotówki. Możemy pójść do biblioteki, pożyczyć książkę od znajomego, wymienić się za coś innego na wielu portalach oferujących takie usługi, możemy udać się do jednej z wielu księgarni, która umożliwia przeczytanie nawet całej książki na miejscu, bez konieczności jej kupowania,  a takich jest naprawdę sporo, czasem nawet zaproponują nam do tego kawę i jeżeli nawet wszystkie powyższe czynności zawiodą, to pozostaje nam również pobranie książki z Internetu, w mniej lub bardziej legalny sposób (nie udawajmy przecież, że takiej możliwości nie ma). Jednak, czy w związku z tym, np.  w Empiku, czy Taffic'u zawsze napotykamy tłum ludzi, który porozrzucany po kątach zaczytuje się w swoich ukochanych lekturach? Czy "ruchome biblioteki" cieszą się ogromnym wzięciem? Nie! Bo to nie tu tkwi problem. Zwiększenie ilości nowych książek w bibliotekach, tylko udogodni korzystanie z nich, tym co już czytają, jednak szczerze wątpię w to, że przyciągnie rzesze nowych, potencjalnych pasjonatów czytelnictwa. Prawda jest taka, że trzeba odczarować obraz czytelnika. Należałoby podjąć akcje, które uświadomią przede wszystkim młodszych odbiorców, że czytanie może być tak samo fajne, a nawet lepsze od oglądania telewizji, czy grania na konsoli. Zamiast zmuszać do czytania, należałoby zachęcić, zainteresować, pokazać, nakierować od czego warto zacząć, pomóc określić gust i wspomóc przy doborze lektury, ale o tym się już nie mówi. Tego problemu nie widzi już nikt, a szkoda, bo to właśnie tu jest największe pole do działania.

Od siebie jeszcze tylko dodam, że gdy chodziłam do podstawówki, to Pani od polskiego raz w tygodniu przynosiła książkę (nie lekturę), o której nam opowiadała i zachęcała do sięgnięcia, nie przymuszając przy tym i przyznam szczerze, że nie było osoby, która by po tę książkę nie sięgnęła, wszyscy czytaliśmy na potęgę, bo zrozumieliśmy, że to może być fajne.  Moim skromnym zdaniem, to właśnie w ten punkt należałoby uderzyć i żeby było śmiesznie, nie potrzeba do tego aż tak znowu ogromnych pieniędzy.


KONTAKT:

dominika.chachulska@interia.pl