piątek, 26 czerwca 2015

 

James Frey, to amerykański pisarz i twórca mediów. Jego ciężka przeszłość, pełna narkotyków i alkoholu przysporzyła mu tylu doświadczeń, że postanowił je spisać i wydać. Tak powstało „Milion małych kawałków”, o których dziś opowiem.

 

Na zdjęciu James Frey

 

Zaczął pić jako dziesięciolatek, ćpać niewiele później. W wieku 23 lat w skrajnym wyczerpaniu i w zasadzie będąc jedną nogą na tamtym świecie trafił do ośrodka leczenia uzależnień. Przy pomocy dwunastu kroków starał się wyjść z uzależnienia i odzyskać życie. Poznał tam zarówno przyjaciół, jak i wrogów. Przeżył niejedno. Czy jesteście w stanie wyobrazić sobie leczenie kanałowe bez znieczulenia? Nie? Ja też, ale o tym jak to jest Frey może już opowiadać z własnego doświadczenia. Starając się nie poddać uciekał się do najróżniejszych sposobów, takich jak na przykład wyrywanie paznokci żywcem, czy demolowanie wszystkiego dookoła.  

Poznajemy zarówno życie Jamesa na odwyku, jak i jego przeszłość opowiedzianą w formie wspomnień. Poznajemy jego znajomych z odwyku, jak i ich historie. Wszystko opisane bardzo charakterystycznym językiem, nadającym książce charakteru i autentyczności. Za sprawą Oprah Winfrey, która książką była zachwycona i zaczęła o niej mówić, ta stała się w bardzo krótkim czasie światowym bestsellerem. 

No i gdyby na tym zakończyć, to mielibyśmy do czynienia z naprawdę fenomenalną autobiografią, napisaną oryginalnym stylem i z ogromną szczerością. No, ale niestety. Zaintrygowana postacią Jamesa Freya zaczęłam szukać większej ilości informacji na jego temat i pierwsze co znalazłam, to publikacje dziennikarzy, znajomych autora, czy nawet osób z jego bardzo bliskiego otoczenia, którzy wprost zarzucają mu fabrykowanie faktów. Bo jak się okazuje, wiele sytuacji z książki nigdy nie miało miejsca, część jest mocno podkolorowana, a sam autor nie jawi się tak, jak sam siebie opisał. Początkowo Frey z zarzutami walczył twierdząc, że był wtedy w takim stanie, że mogła zawieść go pamięć i mógł coś przeinaczyć. Dowody jednak zaczęły się piętrzyć, coraz więcej osób potwierdzało wersje poprzednich oskarżycieli i w końcu autor przyznał, że tak jest to fikcja literacka. Przyznał, że tworząc tę książkę zakładał, że będzie to powieść i tylko niektóre elementy miałyby pokrywać się z faktami z jego przeszłości. Dlaczego więc nazwał to swoją autobiografią? Dlaczego wprost nie powiedział, że na podstawie swoich przeżyć stworzył powieść?  Źli doradcy? Myśl, że może się uda? Nie wiem, ale wiem, że książka straciła w moich oczach i teraz wiem, że czasem nie należy zbyt drążyć. Mimo to, książkę polecam. Tylko uważajcie, bo jest ostra, jak nóż.

 

Tagi: James Frey
20:08, dom.cha
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 marca 2014

Okładka książki Tajemnica Brokeback Mountain

Annie Proulx jest jedną z najbardziej docenianych amerykańskich pisarek i dziennikarek. Naprawdę nazywa się Edna Annie Proulx. Zdobyła nagrodę Pulitzera i National Book Award. Jest autorką takich książek jak: "Kroniki Portowe", "As w rękawie", "Pocztówki", "Akordeonowe zbrodnie" oraz "Pieśń serca". Nagrodzone przez National Magazine opowiadanie "Tajemnica Brokeback Mountain" to moja pierwsza styczność z tą autorką. 

Sięgając po opowiadanie "Tajemnica Brokeback Mountain" wiedziałam, że będzie dość trudne i na pewno ciężkie w odbiorze. Już sam fakt, że dotyka tematu homoseksualizmu w najbardziej niesprzyjającym otoczeniu, jakim bez wątpienia jest naznaczone homofobią wiejskie środowisko Wyomingu dało mi pewność, że nie może być tu mowy o czymś lekkim i przyjemnym. Mimo wszystko Proulx i tak udało się mnie zaskoczyć.

Ennis del Mar po stracie rodziców został wychowany przez starsze rodzeństwo. Bez wykształcenia, pieniędzy oraz perspektyw na przyszłość, za to z zadłużonym gospodarstwem postanowił poszukać pomocy  w Biurze Zatrudnienia Pracowników Farm i Rancz. Tam poznał Jacka Twista równie biednego i mającego nadzieję na lepszą przyszłość wiejskiego, młodego mężczyznę. Zostali obaj oddelegowani do pilnowania owiec u szczytu gór. Nie była to praca trudna, lecz na pewno pełna wyrzeczeń. Uziemieni na górskich szczytach, mając namiot za dom szukali rozrywki w alkoholu i rozmowie. Kiedy w najmniej oczekiwanym momencie zapłonęli do siebie ognistą namiętnością byli tym tak samo zszokowani, co rozeźleni. Nie mogąc sobie tego w żaden sposób wytłumaczyć, ani poradzić sobie z zaistniałą sytuacją, postanowili uciec od problemu i rozejść każdy w swoją drogę. Los jednak miał co do nich zupełnie inne plany. Nie mogli wiedzieć o tym, jak tragiczne będą tego konsekwencje. 

Najcięższe w całym opowiadaniu były opisy brutalnego momentami seksu. Bardzo dosadne i surowe, które budziły we mnie ogromne obrzydzenie. Nie chodzi tu o homoseksualizm w tle, a o użycie bardzo ostrych słów i okropne okoliczności w jakich autorka te sceny obsadziła. Momentami myślałam, że nie podołam przeczytać ani jednego zdania więcej. Klimatu surowości i autentyczności dodawały też proste dialogi, zupełnie odpowiednie dla otoczenia. Bardzo łatwo można było się dzięki nim wczuć w panujący klimat. Zabrakło mi trochę opisów okoliczności przyrody, ale pewnie nie na tym chciała się skupić Proulx. 

Po przeczytaniu tych niespełna sześćdziesięciu stron czułam ulgę, ale również niedosyt. Zabrakło mi rozwinięcia niektórych wątków, które moim zdaniem zasługiwały na większą uwagę. Nie byłam również usatysfakcjonowana zakończeniem. Wydaje mi się, że mogło być ono bogatsze. Niestety są to główne powody dla których nie często sięgam po opowiadania. Rzadko trafia się na takie, które nie pozostawiają niedosytu. 

Czy jednak mimo wszystko poleciłabym to opowiadanie? Myślę, że z całą pewnością tak. Po pierwsze dlatego, że jest to dobre studium osoby nie potrafiącej poradzić sobie z własnymi uczuciami, a po drugie dotyka ono bardzo trudnego tematu braku tolerancji. Może ciężko jest nam w to uwierzyć, ale są jeszcze miejsca na ziemi, gdzie homoseksualizm traktowany jest jak choroba i zwalczany, jak najgorsza zaraza. To opowiadanie, to trudna, ale zdecydowanie potrzebna lekcja. 




Ciekawa jestem ekranizacji, która została nazwana wybitną i przełomową w dziejach kinematografii. Obsypana wieloma nagrodami oraz nominowana do Oscara w aż siedmiu kategoriach. Nie jestem jednak pewna, czy po tak ciężkiej lekturze, chciałabym już teraz zmierzyć się z jej obrazem. 

poniedziałek, 03 marca 2014

Najkrótszy miesiąc w roku okazał się dla mnie bardzo obfity w dobre i bardzo dobre książki. Co prawda trafiło się kilka słabszych pozycji, no ale nie narzekajmy. Zawsze pod koniec miesiąca, kiedy patrzę na przeczytane książki mniej więcej wiem, jakie były moje preferencje i co najbardziej chodziło mi po głowie. Patrząc na stosik lutowy jedyne co przychodzi mi do głowy to albo to, że zwariowałam albo co najmniej mam wahania nastrojów. No cóż, przejdźmy zatem do rzeczy.

Okładka książki Wybór

Sama nie wiem co takiego jest w książkach Sparksa, ale to "coś" bardzo mi się podoba. To nazwisko jest dla mnie zawsze zapowiedzią dobrej, choć lekkiej i niewymagającej lektury. Tym razem jednak troszkę się zawiodłam. "Wybór" okazał się przewidywalny i momentami nużący. Ze wszystkich książek Sparksa, które do tej pory przeczytałam ta jest najsłabszą.  

Okładka książki Houston, mamy problem

Humor za to zdecydowanie poprawiłam sobie "Houston, mamy problem" Katarzyny Grocholi. Tym razem autorka zafundowała nam coś zupełnie innego, jak do tej pory. Głównym bohaterem książki jest mężczyzna i to właśnie z jego perspektywy poznajemy całą historię. Książkę tę na wpół czytałam, na wpół słuchałam. Był to pierwszy mój audiobook i za sprawą genialnego Wojciecha Mecwaldowskiego zachęcił mnie do dalszego czytania uszami :) Książka jest świetna i godna polecenia. 

Okładka książki Przeminęło z wiatrem

Film kupiłam coś około roku temu i cały czas czekałam z jego obejrzeniem, aż przeczytam książkę. Jednak jakoś ciężko było mi się za nią zabrać i w końcu w towarzystwie przyjaciółki i ekhm... dwóch butelek wina obejrzałyśmy nagrodzony licznymi Oscarami obraz z Vivien Leigh i Clarkiem Gable'm w rolach głównych. Film bardzo mi się podobał, ale miałam nieodparte (jak się potem okazało słusznie) wrażenie, że ekranizacja nie była pełna, że pewne tematy były tylko tknięte i czułam pewien niedosyt. Postanowiłam więc przeczytać jednak dzieło Margaret Mitchell. Książka mnie wciągnęła bez reszty i choć trudno mi samej w to uwierzyć przeczytałam ją w zaledwie dwa popołudnia. Oczywiście okazała się milion razy lepsza od filmu. Piękna historia!

Okładka książki Niezbędnik obserwatorów gwiazd

Dzięki kuponowi (który znalazłam w czeluściach mojej skrzynki mailowej) na dwa darmowe e-booki  zdobyłam wydaną niedawno w Polsce książkę Matthew Quick'a "Niezbędnik obserwatorów gwiazd". Nie wiedziałam czego mogę się po niej spodziewać, więc podeszłam bez żadnych absolutnie oczekiwań. Książka okazała się genialna i kompletnie mnie oczarowała. Bez wahania oceniłam ją na 10/10 co u mnie nie zdarza się często. Wspaniała, choć trudna historia. 

Okładka książki Poradnik pozytywnego myślenia

Oczarowana "Niezbędnikiem obserwatorów gwiazd" tego samego autora od razu postanowiłam sięgnąć po "głośniejszą" i bardziej docenioną pozycję, jaką bez wątpienia był "Poradnik pozytywnego myślenia". Niestety zawiodłam się. Książka okazała się co najwyżej średnia. Teraz wiem, że jej sukces polegał głównie na ogromnym szumie wokół ekranizacji.... choć co do tej, to nie wiem na ile elastycznym słowem jest ekranizacja, ale tutaj naciągnęli ją do granic możliwości, gdyż film nie ma zbyt wiele wspólnego z samą książką. 

Okładka książki Gwiazd naszych wina

Sięgając po "Gwiazd naszych wina" wydawało mi się, że wiem o czym będzie, jak się rozwinie i czym się skończy. Całkowicie się pomyliłam, a sama książka zaskoczyła mnie jak chyba żadna do tej pory. Wspaniała, cudowna i piękna! Z niecierpliwością czekam na ekranizację!

Okładka książki Drugi oddech

No i tutaj znów ta sama historia co w przypadku "Przeminęło z wiatrem". Książka leżała i leżała, aż w końcu postanowiłam po nią sięgnąć. Czytało mi się ją dość trudno, choć była wciągająca. Ze zgrozą muszę stwierdzić, że film podobał mi się chyba jednak troszkę bardziej, choć książka była oczywiście dokładniejsza.

Okładka książki Porwana i sprzedana

Bardzo ciężka książka opowiadającą historię dziewczyny, która po bardzo trudnym dzieciństwie próbuje odnaleźć szczęście w wymarzonej pracy opiekunki małych dzieci. Niestety jej marzenia nie zostaną spełnione, gdyż porwana z lotniska stanie się jedną z wielu dziewczyn zmuszanych do okrutnej pornografii. I choć wiem, że zabrzmi to strasznie, to jednak nie prostytucja okaże się największym złem dla Sary. 

Okładka książki Tajemnica Brokeback Mountain

Jedno z cięższych opowiadań jakie czytałam. Bardzo trudny temat homoseksualizmu w skażonym homofobią wiejskim środowisku Wyomingu. 

Okładka książki Drogie życie

Nie często sięgam po opowiadania, bo rzadko zdarza się takie, które nie pozostawia uczucia niedosytu. Po tym jak przyznanie Nagrody Nobla z dziedziny literatury Alice Munro podzieliło opinię na tych, którzy uważają tę decyzję za słuszną i tych, którzy twierdzą zupełnie odwrotnie postanowiłam sięgnąć z ciekawości, po której stronie ja się opowiem. Dziś już wiem, że jak opowiadania, to tylko Alice Munro. Kompletne i pełne, tak je mogę opisać. A sama autorka jest według mnie mistrzynią krótkiej formy.

Okładka książki Hobbit, czyli tam i z powrotem

Nie potrafię znaleźć słów, jak bardzo byłam głupia, że nie przeczytałam akurat tej lektury w liceum. Pamiętam, że zaczytywałam się wtedy w książki o wojnie i holocauście i dzieło Tolkiena nijak mi się w ten deseń wpisywało. Na szczęście poszłam po rozum do głowy i zaległość nadrobiłam.

Recenzje wszystkich książek postaram się sukcesywnie i regularnie dodawać w kolejnych postach. A jak wyglądał wasz luty pod względem lektury?

środa, 19 lutego 2014

 



Czasem jest tak, że niektóre książki pomimo, że wielokrotnie nam przez kogoś rekomendowane nie potrafią nas do siebie przyciągnąć. Są jednak takie , które bez względu na to, czy są promowane, czy też pojawiają się bez echa, od razu przyciągają naszą uwagę. Tak właśnie było ze mną i "Baśniarzem", nie wiedziałam jeszcze co to jest za książka, a już wiedziałam, że chcę ją przeczytać. Czy mój zapał okazał się słuszny?

Anna Leeman jest kompletnie inna od swoich rówieśników - nastolatków tuż przed maturą. Imprezy, alkohol, narkotyki, czy przypadkowy seks mogłyby dla niej nie istnieć. Dobrze się uczy, rozwija pasję gry na flecie i pomimo tego, że zdaje sobie sprawę z tego, że żyje w bańce mydlanej, w pełni to akceptuje i nie próbuje zmieniać. W jej spokojnym życiu wszystko jednak wywraca się o 180 stopni, gdy w swojej szkole poznaje Abla Tannateka - powszechnie uważanego za dziwaka handlarza narkotyków. Dziwny traf sprawia, że zawierają oni ze sobą znajomość. Anna bardzo stara się zbliżyć do Abla, poznać go lepiej i spędzać z nim coraz więcej czasu, nie zdając sobie sprawy z tego, że powoli się w nim zakochuje. Chłopak początkowo traktuje ją bardzo chłodno, po czasie jednak zaczyna się do niej zbliżać. Relacje między dwojgiem umacnia obecność Michi - młodszej siostry Abla, którą ten się opiekuje. Podczas ich spotkań Michi często prosi, by Abel opowiadał baśń, baśń którą chłopak pozornie stara się wytłumaczyć małej siostrzyczce skomplikowaną sytuację, w jakiej się znaleźli. Gdy jednak do grona odbiorców dołącza Anna, baśń zaczyna się zmieniać, rozwijać, staje się mroczniejsza i bardziej skomplikowana. Czy chłopak poprzez opowieść stara się Annie coś przekazać, czy możliwe jest że baśń zawiera w sobie zalążek mrocznej tajemnicy, którą chłopak stara się ukryć przed światem?

Niech Was nie zmyli tytuł tej powieści, historia ta wcale nie będzie jak z baśni, lecz jak z mrocznego thrillera, który na długo zapada w pamięć. Pogmatwane losy głównych bohaterów i złożoność trudnej sytuacji życiowej popchną ich do podejmowania decyzji, na które nie są gotowi, czy jednak jedna błędna decyzja może zniszczyć całe życie?

Trzeba przyznać, że Antonia Michaelis tę historię opowiedziała w bardzo realistyczny sposób. Życie codzienne nastolatków nie pozostawia złudzeń, nie są oni najświętsi, a już na pewno nie są gotowi na dorosłość. Skomplikowane relacje między nimi, zdaje się potęgować fakt, że wszyscy mieszkają w niewielkiej miejscowości, gdzie jak wiadomo wszyscy się znają i ciężko jest przez długi czas skrywać jakąkolwiek tajemnicę. Bardzo podobało mi się, że w fabułę włączone zostały niektóre utwory Cohena, które swoimi słowami i nastrojowością idealnie pasowały do sytuacji. Autorce udało się także skrzętnie połączyć ze sobą prawdzie opisy i snutą przez głównego bohatera baśń. Nie ze wszystkim jednak autorka poradziła sobie wzorowo. Pierwszą rzeczą, która razi jest kompletny brak opisów miejsc i postaci. Tak naprawdę po przeczytaniu całej książki, nie wiem jak wyglądają główni bohaterowie. Przypadkowo wtrącane w treści szczątki opisów ich wyglądu nie zbudowały w mojej głowie żadnego obrazu. Kolejną rzeczą są dialogi, z którymi moim zdaniem Michaelis sobie nie poradziła. Pominę fakt, że momentami wydawały mi się one przerysowane, a skupię się na języku osób, z których były budowane. Otóż wszyscy mówią w taki sam sposób, bez względu czy mamy do czynienia z dzieckiem, nastolatkiem, czy dorosłym, wszyscy mówią w jednym, monotonnym stylu, używając dokładnie takiego samego języka, nie pasującego właściwie do żadnego z nich. Początkowo starałam się to ignorować, po czasie jednak poczułam się zirytowana. Lubię poznawać bohaterów czytanej przeze mnie książki z wielu stron. To jak oni mówią, jak wyglądają i jak się zachowują nadaje książce zupełnie nowy, głębszy wymiar. Tu niestety nie ma nic z tych rzeczy.  Jako kolejny minus mogłabym napisać to, że sądząc po tym, jak wszystkiego domyśliłam się przed ukończeniem pierwszej połowy książki, to fabuła jest nad wyraz przewidywalna, jednak z uwagi na fakt, że książka dedykowana jest raczej dla młodzieży, nie zwrócę na to większej uwagi.

Podsumowując uważam, że jest to idealna pozycja dla piętnasto - szesnastolatkówlatków, którzy idealnie wczują się w klimat jaki panuje w książce, starszy czytelnik może czuć się odrobinę znudzony i zażenowany nieporadnością młodych bohaterów w konfrontacji z życiowymi problemami. Jednak uważam tę pozycję za ciekawą i nie żałuję czasu spędzonego na jej czytaniu. A Wy czytaliście? Jakie są Wasze opinie o "Baśniarzu"?

Książkę oceniłam na 7/10

poniedziałek, 16 września 2013

W sprawie Rennera

 

Książka ta jest na pewno nietypową pozycją na rynku wydawniczym, chociażby ze względu na fakt, że początkowo ciężko przypisać ją do jakiejkolwiek kategorii. Nie wiemy bowiem, z czym tak naprawdę mamy do czynienia. 

Pewnego dnia Artur B. Renner postanawia uczestniczyć w konferencji poświęconej ekologii i ochronie środowiska, która organizowana jest przez urząd, w którym mężczyzna ten pracuje. Jedzie więc do Bath, małej miejscowości w Anglii, gdzie znudzony i po trosze zmęczony ciągłymi wykładami postanawia wybrać się na spacer i pozwiedzać okoliczne miejsca. Takim oto sposobem trafia do starego kościoła, w którym dokonuje przerażającego odkrycia, otóż na jednej ze ścian znajduje marmurową tablicę, która informuje go o tym, że on sam rok temu zmarł, a tablicę tę ufundowała jego żona z dziećmi. O ile imię i nazwisko mogą być jeszcze dziełem przypadku i niefortunnego zbiegu okoliczności, o tyle data urodzenia i imiona najbliższych utwierdzają Rennera, że nie może być mowy o nikim innym, jak właśnie o nim. Nie zwlekając udaje się on do prawnika, by ten pomógł mu rozwikłać tę sprawę, jednak robi to w tak nieudolny sposób, że sprowadza na siebie podejrzenia i kompromitację. W tym momencie w głowie głównego bohatera jest już tylko jedna myśl, by jak najszybciej wrócić do domu, do bliskich i pozbyć się tego koszmaru, niestety jak się okazuje, jest to dopiero jego początek. Po powrocie okazuje się, że sytuacja jeszcze bardziej się gmatwa, a sam Artur zaczyna wątpić w swoją tożsamość. Rozwiązanie całej sytuacji okazuje się bardziej przerażające, niż mogłoby nam się początkowo wydawać. 

Początkowo byłam przekonana, że będzie to książka z pogranicza thrillera i horroru, jednak jeszcze przed przystąpieniem do czytania, złudzeń pozbawił mnie Pan Janusz Majewski, który w krótkiej nocie do książki temu zaprzecza.

Początek bardzo mnie wciągnął, sprawa coraz bardziej się komplikowała, a fakt, że nie wiadomo co przyniesie każda kolejna strona przyprawiał o delikatny dreszczyk emocji. Jednak ze względu na podniosły styl i dość poetycki język, jakim książka jest napisana sprawiły, że w pewnym momencie główny wątek zszedł na bok, ustępując miejsca obszernym opisom miejsc i sytuacji, z pozoru w ogóle niezwiązanych z fabułą. Pomimo zaledwie 200 stron zaczęłam momentami się nudzić i wątpić w to, że rozwiązanie całej zagadki zostanie mi przedstawione. Jak bardzo się myliłam! Koniec przyniósł rozwiązanie i to jakie! Wszystko co do tej pory było tajemnicze i niedopowiedziane, zostało we wspaniały sposób rozwiązane. Dłuższą chwilę po odłożeniu książki nie mogłam uwierzyć w to, że mając w głowie tyle pomysłów na rozwiązanie tej sprawy, właśnie ten jeden mi umknął i kompletnie o nim nie pomyślałam.

Książkę bardzo polecam! Warto po nią sięgnąć i doczytać do końca. Rzuca ona światło na bardzo ważne sprawy, o których na co dzień się nie myśli. Zmieniła ona w pewnym sensie mój sposób myślenia na temat pewnych rzeczy, jednak nie zdradzę jakich, bo obawiam się, że mogłabym zbyt wiele powiedzieć i zepsuć zabawę :)

sobota, 09 lutego 2013

 

Napisanie powieści, która porwie serce tłumów, było ogromnym marzeniem E L James, odkąd ta była dzieckiem. Niestety plany te musiała odłożyć w czasie, by zająć się rodziną. Kiedy jednak przełamała wątpliwości i zadebiutowała książką "Pięćdziesiąt twarzy Greya", to od razu rozpętała niesamowite szaleństwo, pobijając co raz to nowe rekordy sprzedażowe. 

Przyznam szczerze, że zastanawiałam się, czy w ogóle zamieszczać recenzję tej książki na moim blogu, bo w sieci krąży ich już całe mnóstwo. Postanowiłam jednak, że skoro wymęczyłam już te kilkaset stron, to coś o niej naskrobię. Dobra wiadomość jest taka, że udało mi się ją doczytać do końca (to naprawdę ogromny sukces), zła wiadomość jest taka, że chyba niczym Was nie zaskoczę, bo moje zdanie na temat tej powieści jest podobne do większości, czyli niezbyt dobre.

W powieści poznajemy młodziutką studentkę Anastasię Steele, która w zastępstwie za koleżankę ze studiów jedzie przeprowadzić wywiad ze znanym rekinem biznesu Christianem Greyem. Mężczyzna budzi w dziewczynie mieszane uczucia, z jednej strony ją intryguje i pociąga, z drugiej – onieśmiela. Budzą się w niej wcześniej nieznane uczucia, z którymi nie potrafi wygrać. Po skończonym wywiadzie postanawia jednak o wszystkim zapomnieć, co okazuje się niemożliwe, bo następnego dnia mężczyzna zjawia się w sklepie, w którym Anastasia sobie dorabia. Nie dość, że ma czelność pojawić się w jej życiu ponownie, to jeszcze na dodatek proponuje spotkanie, które na zawsze odmieni Anastasię i jej dotychczasowe życie, podporządkowując je dość wysublimowanym regułom. Dziewczyna nie wie niestety o jednym, że to w co się pakuje, nie jest do końca normalną sytuacją. Czy Anastasia sobie z tym poradzi i co ważniejsze, czy jej się to spodoba?

W tym miejscu powinnam napisać co nieco o tym, jak odbieram fabułę, jednak zastanawiam się, czy w ogóle można w tym przypadku mówić o jakiejkolwiek fabule. To może zacznę od tego, że sam pomysł pomimo tego, że jest definitywnym fanFiction sagi „Zmierzch” Stephenie Meyer, to nie jest zły i może faktycznie byłoby coś z tego, gdyby nie fatalny warsztat (a właściwie jego brak) autorki. Kompletnie bezsensownie dobrane zwroty do sytuacji i ciągłe używanie tych samych określeń,  do w kółko powtarzających się zdarzeń.

Dla ciekawskich, to tak wygląda Św. Barnaba, którego nawoływała główna bohaterka, w dość nietypowych, jak na tę postać momentach.

Jedno co od razu nasunęło mi się na myśl, to że główna bohaterka ma spore problemy z ciśnieniem krwi, bo ciągle się rumieni, nawet nie będę poruszać tematu jej wewnętrznej bogini, bo to już nawet nie było śmieszne. Nie chcę zostać źle zrozumiana, bo nie aspiruję do kobiecej wersji Dr House’a, ale co do głównego bohatera też mam pewne podejrzenia, a mianowicie, że może on cierpieć na jakieś delikatne zwyrodnienie kręgosłupa, bo ciągle przechyla mu się głowa. Wiem, że powyższe może brzmieć dziwnie, ale wszystkie te sytuacje spotykamy częściej niż raz na dwie strony…

Ciekawa byłam jak autorka opisze sceny erotyczne, których w tej książce nie brakuje, ale niestety nawet tutaj nie pochwaliła się ani umiejętnościami pisarskimi, ani nawet kobiecą wyobraźnią. Czytając miałam wrażenie, że właściwie co jakiś czas powtarzają się te same sceny, było to nie tylko denerwujące, ale przede wszystkim nudzące.

Moje pytanie brzmi – skąd do licha ten bestseller? Dlaczego tak słaba książka doczekała się miana hitu?! Nie znajdziemy tu ani wybitnego kunsztu literackiego, ani ładnego stylu, czy oryginalnego języka, nawet nasza wyobraźnia nie zostanie w żaden sposób dopieszczona, bo i czym?!

Szczerze mówiąc był to stracony czas i pieniądze wyrzucone w błoto. Po kolejną część na pewno nie sięgnę, bo pomimo, że ostatnich kilkanaście stron faktycznie mogło zaciekawić, to całość książki raczej bez ogródek pokazuje, czego możemy się spodziewać. Według mnie jest to bardzo słaba pozycja i przykład na to, że PR i dobry marketing nie zawsze idą w parze z produktem godnym uwagi. Najgorętsza premiera roku? Ja bym raczej powiedziała klapa stulecia, ale przypominam, że jest to tylko moja subiektywna opinia. Bardzo chciałabym się dowiedzieć, czy czytaliście? I co ważniejsze jakie jest Wasze zdanie na temat tej powieści.

niedziela, 03 lutego 2013

Ostatnimi czasy bardzo modne stało się podkreślanie i rozgłaszanie na lewo i prawo, jaki to niski mamy poziom czytelnictwa w Polsce. Zewsząd atakują nas coraz to nowe, przedrukowane statystki, które jasno pokazują, że niższy poziom czytelnictwa zanotowany jest jedynie wśród populacji pingwinów zamieszkujących tereny Antarktydy.

Początkowo faktycznie trudno było mi uwierzyć, że sporo ponad połowa Polaków w ciągu roku nie przegląda absolutnie żadnej książki, nawet tej, w której tekstu brak, tylko same obrazki. Co gorsza, przyznając się do tego, nie odczuwają żadnego zażenowania, czy wstydu, wręcz czują się normalnie. I nie ma się co dziwić, w końcu są w większości. Muszę jednak przyznać, że powtarzanie tych informacji w kółko, zamiast jeszcze bardziej mnie szokować, zaczęło po prostu nudzić. Zatraciłam sens czytania czegoś, co tak naprawdę biernie ma tylko służyć sprzedawaniu nam newsów, a nie poprawie takiego stanu rzeczy.

Jednak ostatnio nastąpił przełom. Osoby czynnie oddane kulturze, a w szczególności literaturze postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i poruszyć samą górę. W tym szczytnym celu wystosowali listo otwarty KLIK do Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego - Bogdana Zdrojewskiego.

Całość listu ma bardzo dramatyczny charakter, a wraz z jego czytaniem napięcie rośnie niczym w filmach Hitchcocka. Ogólnie rzecz biorąc z listu wynika przede wszystkim, że to brak odpowiedniego poziomu finansowania tej właśnie sfery kultury wpływa na tak tragiczne wyniki i ciągły spadek czytelnictwa w naszym kraju. Pada pomysł, by przede wszystkim bardziej promować rynek literatury oraz (i tutaj wyczuwalny był największy nacisk) aby znacznie zwiększyć finansowanie bibliotek, bo te nie posiadając "książek, o których właśnie się mówi" nie zachęcają do czytelnictwa.

Muszę przyznać, że początkowo twierdząco przytaknęłam głową, by jednak po krótkim zastanowieniu, przytaknięcie zastąpić ironicznym uśmiechem. Nie chcę oczywiście całej tej sytuacji wyśmiewać i cieszę się, że są osoby, które podejmują pewną walkę z zastałą rzeczywistością, jednak mam nieodparte wrażenie, że to nie tędy droga.

Spójrzmy na to z innej strony. Jakie zazwyczaj powody podajemy, gdy próbujemy zdefiniować w czym tkwi problem, powodujący tak niskie zainteresowanie czytelnictwem? No po pierwsze, że ceny książek są za wysokie, za mało nowości jest w bibliotekach, nie organizuje się zbyt wielu wydarzeń poświęconych właśnie literaturze etecera, etecera. Jednak, czy faktycznie, tylko to? Chyba jednak nie, bo przecież gro ludzi jednak po te książki sięga i mimo wielu przeszkód, jednak dają radę utrzymywać swoje własne wyniki statystyczne na bardzo wysokim poziomie. Spójrzmy prawdzie w oczy, jeżeli chcemy przeczytać jakąś książkę, to mamy milion możliwości by to zrobić, nie wydając przy tym często ani złotówki. Możemy pójść do biblioteki, pożyczyć książkę od znajomego, wymienić się za coś innego na wielu portalach oferujących takie usługi, możemy udać się do jednej z wielu księgarni, która umożliwia przeczytanie nawet całej książki na miejscu, bez konieczności jej kupowania,  a takich jest naprawdę sporo, czasem nawet zaproponują nam do tego kawę i jeżeli nawet wszystkie powyższe czynności zawiodą, to pozostaje nam również pobranie książki z Internetu, w mniej lub bardziej legalny sposób (nie udawajmy przecież, że takiej możliwości nie ma). Jednak, czy w związku z tym, np.  w Empiku, czy Taffic'u zawsze napotykamy tłum ludzi, który porozrzucany po kątach zaczytuje się w swoich ukochanych lekturach? Czy "ruchome biblioteki" cieszą się ogromnym wzięciem? Nie! Bo to nie tu tkwi problem. Zwiększenie ilości nowych książek w bibliotekach, tylko udogodni korzystanie z nich, tym co już czytają, jednak szczerze wątpię w to, że przyciągnie rzesze nowych, potencjalnych pasjonatów czytelnictwa. Prawda jest taka, że trzeba odczarować obraz czytelnika. Należałoby podjąć akcje, które uświadomią przede wszystkim młodszych odbiorców, że czytanie może być tak samo fajne, a nawet lepsze od oglądania telewizji, czy grania na konsoli. Zamiast zmuszać do czytania, należałoby zachęcić, zainteresować, pokazać, nakierować od czego warto zacząć, pomóc określić gust i wspomóc przy doborze lektury, ale o tym się już nie mówi. Tego problemu nie widzi już nikt, a szkoda, bo to właśnie tu jest największe pole do działania.

Od siebie jeszcze tylko dodam, że gdy chodziłam do podstawówki, to Pani od polskiego raz w tygodniu przynosiła książkę (nie lekturę), o której nam opowiadała i zachęcała do sięgnięcia, nie przymuszając przy tym i przyznam szczerze, że nie było osoby, która by po tę książkę nie sięgnęła, wszyscy czytaliśmy na potęgę, bo zrozumieliśmy, że to może być fajne.  Moim skromnym zdaniem, to właśnie w ten punkt należałoby uderzyć i żeby było śmiesznie, nie potrzeba do tego aż tak znowu ogromnych pieniędzy.

wtorek, 29 stycznia 2013

Prezent od Tiffany'ego

Melissa Hill jest autorką wielu bestsellerów docenianych szczególnie w Irlandii i Włoszech. Mieszka w hrabstwie Dublin wraz z mężem i ukochanym psem Homerem. Przyznam szczerze, że „Prezent od Tiffany’ego” to pierwsza jej książka, z jaką się spotkałam, a o samej autorce wcześniej nie słyszałam.

Pałętając się między regałami w mojej ukochanej księgarni, szukałam czegoś lekkiego i przyjemnego na długie, zimowe wieczory. „Prezent od Tiffany’ ego” skusił mnie okładką, opisem z tyłu i akcją osadzoną w świątecznym Nowym Jorku. Pomyślałam: czemu nie? Tak jak wspomniałam wcześniej, to lekkie i nie wymagające czytadło, ale udało mu się, to czego nie udało się Kevinowi, śniegowi i świątecznym lampkom rozwieszonym po całym Wrocławiu – otóż ta książka wprowadziła mnie w świąteczny nastrój.


Fabuła jest bardzo prosta. Na Święta Bożego Narodzenia do Nowego Jorku przyjeżdżają dwaj mężczyźni, Ethan, który ma zamiar oświadczyć się kobiecie, która po śmierci jego żony uczyniła go szczęśliwym, a jego córce przywróciła uśmiech na twarzy i Gary, który korzystając ze szczodrości swojej dziewczyny chce trochę zaszaleć, póki jego firma jeszcze zipie, choć ledwo,  ledwo. Oboje udają się do Tiffany’ ego po prezenty dla ukochanych – Ethan po pierścionek zaręczynowy, Gary po bransoletkę, która zbytnio nie obciąży jego budżetu. W wyniku nieoczekiwanych zdarzeń dochodzi jednak do wypadku, w którym słynne, błękitne pudełeczka z błyskotkami zostają zamienione. Dla Ethan’ a sprawa jest jasna, musi jak najszybciej odzyskać pierścionek i przekazać go ukochanej, ale jak to zwykle w życiu bywa (albo raczej nigdy się tak nie dzieje) nic nie jest na tyle łatwe, na ile mogłoby się wydawać. Zdaje się, że los inaczej sobie to wszystko zaplanował.


Jedno muszę tej książce przyznać, przez jej strony przelatuje się z prędkością Boeinga. Otworzyłam ją na sekundkę i nawet nie zorientowałam się kiedy byłam w połowie. Co do fabuły, to tak jak zwykle bywa w przypadku takich czytadeł lekka, prosta, przewidywalna i nierzeczywista. Nie znaczy to, że książka mi się nie podobała, bo muszę przyznać, że miło spędziłam przy niej czas, choć przyznam szczerze, że po przekroczeniu pięćdziesiątej strony z aptekarską precyzją jesteśmy w stanie stwierdzić, jak będzie wyglądał koniec (no może z jednym, małym zaskoczeniem).

Podsumowując. Nie jest to pozycja dla wymagających i rządnych wrażeń oraz wysublimowanego języka i stylu, ale jeżeli lubicie czasem zagłębić się w lekki obyczaj, dzięki któremu się odprężycie i uciekniecie od codziennych obowiązków, to na pewno bez problemu dobrniecie do ostatniej strony i co najważniejsze, nie sapniecie z ulgą, że już koniec. 

wtorek, 08 stycznia 2013



 

Jako, że pochodzę z małej miejscowości, w której nie było żadnej księgarni, a filia biblioteki była otwarta tylko raz w tygodniu, zdobywanie książek nie było proste. W oddalonej o kilka kilometrów miejscowości, co prawda księgarnia była, jednak tylko z nazwy, ponieważ w rzeczywistości był to sklep papierniczy, wzbogacony o podręczniki szkolne i pomoce naukowe. Samych książek jednak było w niej jak na lekarstwo. Wtedy z pomocą przyszedł Klub Świata Książki.

Początkowo, jako osoba nieletnia korzystałam z konta koleżanki, jednak zaraz po osiemnastych urodzinach założyłam własne konto i pracowałam na swoje rabaty, które dość szybko udało mi się zdobyć. Nigdy nie było dla mnie problemem to, że warunkiem członkostwa było zamówienie co najmniej jednej książki z każdego katalogu. Mój problem polegał na tym, by zdecydować się TYLKO na jedną, co raczej mi się nie udawało i w paczce zawsze było znacznie więcej pozycji, którymi raczyłam się do kolejnego katalogu. 

Uwielbiałam moment, w którym przychodził nowy katalog, z wielką radością zakreślałam pozycje, które mnie interesują i ze zgrozą podliczałam koszt zamówienia. Taką drogą zdobyłam całe mnóstwo wspaniałych książek, które mimo iż są bardzo różnorodne, łączy jedna, wspólna cecha, otóż wszystkie są pięknie i porządnie wydane. Piękne oprawy graficzne, dobre szycie i klejenie oraz bardzo dobrej jakości papier i czcionka idealna do czytania sprawiały, że książki te stanowią do dziś ozdobę mojej biblioteczki. 

Do moich najlepszych zdobyczy, pochodzących właśnie z tego wydawnictwa mogę zaliczyć m. in. pięknie wydaną kolekcję powieści Jane Austen w twardej oprawie z obwolutą:

Romans wszech czasów, który czytałam z wypiekami na twarzy drżąc o wspólne dobro Tatiany i Aleksandra, czyli pięknie wydana w twardej oprawie trylogia Jeźdźca miedzianego:



Nie mogłabym zapomnieć również o wielu książkach uwielbianej nie tylko przeze mnie Manueli Gretkowskiej:

Agent - Gretkowska Manuela Trans - Gretkowska Manuela Europejka - Gretkowska Manuela Miłość po polsku - Gretkowska Manuela

Warto wspomnieć również o zekranizowanej niedawno powieści "Jeden dzień" Davida Nichollsa:

Jeden dzień - Nicholls David

Nie mogę również zapomnieć o tak ekscytującej serii, jaką jest "Obca" Diany Gabaldon:

Obca - Gabaldon Diana Uwięziona w bursztynie - Gabaldon Diana Podróżniczka - Gabaldon Diana Jesienne werble - Gabaldon Diana Tchnienie śniegu i popiołu - Gabaldon Diana Kość z kości - Gabaldon Diana

Tak dobrych i pięknie wydanych pozycji w mojej biblioteczce jest całe mnóstwo i dołączają co raz to nowe, dlatego nie wyobrażam sobie, by miało się to teraz skończyć. Skończyć tak po prostu, bo komuś się biznes nie rozkręcił tak,  jak powinien, nie zarobił tyle,  ile zamierzał, więc koniec. Nie zgadzam się na to, po prostu nie pozwalam :) Dlatego chciałabym zachęcić Was dzisiaj do polubienia strony na Facebook 'u Ratujmy Świat Książki . Może ktoś zauważy, może się zainteresuje i wspólnymi siłami wywalczymy ciąg dalszy tego wspaniałego wydawnictwa. Szczerze na to liczę!

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Miłosz. Biografia

Andrzej Franaszek jest polskim literaturoznawcą, krytykiem literackim i redaktorem działu kulturowego w "Tygodniku Powszechnym" Za książkę "Miłosz. Biografia" otrzymał nominację do Nagrody "Nike" 2012

Nadszedł w końcu czas, by opublikować recenzję pierwszej,  przeczytanej książki z wyprzedażowego stosika Weldbild Outlet. Oczywiście pierwszą, która wpadła w moje ręce, była żadna inna, jak ta traktująca o życiu Miłosza.

Przyznam szczerze, że nigdy wcześniej nie miałam w planach czytać biografii tego znakomitego poety. Tak jak bardzo lubię sięgać po jego twórczość, tak niezbyt interesowało mnie jego życie prywatne. Moje priorytety zmieniły się jednak, gdy zobaczyłam biografię Miłosza napisaną przez Andrzeja Franaszka. Pomyślałam wtedy, że tak ogromne tomisko mogło powstać tylko w oparciu o bardzo ciekawy życiorys. Nie pomyliłam się! Książka okazała się (delikatnie mówiąc) zaskakująca, no bo kto by przypuszczał, że Miłosz – poeta, eseista, tłumacz i zdobywca Literackiego Nobla, o mało nie zginął zabawiając się w rosyjską ruletkę?

Bardzo spodobała mi się również forma, w jakiej Franaszek opisuje życie poety. Z jednej strony opowiada on o jego życiowych sytuacjach, by zaraz przypisać je do utworów nimi inspirowanych. Ten zabieg okazał się sukcesem, bo nie dość, że możemy dowiedzieć się więcej o życiu znakomitego twórcy, to jeszcze zyskujemy możliwość spojrzenia na jego dzieła z perspektywy wyrwanych z życia zdarzeń, które stanowiły dla niego inspirację.

A tak pięknie o swojej książce opowiada sam autor:


Sama postać Miłosza, bardzo barwna i skomplikowana,  okazuje się również bardzo złożona. Z jednej strony człowiek wielkiej pasji, oddany pracy i twórczości, z drugiej strony lubiący zabawę,  kobiety i seks mężczyzna, który za wszelką cenę próbuje uciec od konsekwencji takiego życia. Jednak nie tylko o zabawach i romansach pisze Franaszek, ale również o osnutych cieniem  momentach z życia poety,  jak decyzja o niewzięciu udziału w powstaniu, czy o decyzji o emigracji, które z jednej strony były tragicznym przeżyciem, a z drugiej bodźcem do umocnienia i nabrania siły. To może właśnie dzięki nim Miłoszowi udało się przetrwać chorobę żony i syna, które również nie były dla niego łatwym kąskiem.

Oczywiście znajdziemy tu również sytuacje, o których głośno rozmawiało się swego czasu w mediach, czy na różnych panelach dyskusyjnych poświęconych autorowi  „Gucia zaczarowanego”, a mowa tu o podejrzeniu romansu z Iwaszkiewiczem, czy „paszporcie litewskim”.

W biografii ujął mnie styl Franaszka i sposób, w jaki pisze. Z jednej strony ogromna dbałość o każdy szczegół, dokładność i bardzo rzetelne, sprawdzone źródła, z drugiej jednak pasja, lekkość i styl, który sprawia, że czyta się tę biografię jednym tchem.

Jestem ogromnie szczęśliwa, że ta pozycja wpadła w moje ręce, i że jednak zdecydowałam się ją przeczytać. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że życie pisze najlepsze scenariusze i czasem, by poczytać o sytuacjach nieprawdopodobnych i zawijasach losu, które ciężko jest sobie nawet czasem wyobrazić, nie trzeba sięgać po nic innego, jak właśnie po biografię. Dlatego też jest to mój ulubiony rodzaj literatury. 

Na koniec dodam cytat z "Walca", który po raz pierwszy przeczytałam będąc w liceum, i który do dnia dzisiejszego jest mi bardzo bliski:

"Jest taka cierpienia granica, za którą

się uśmiech pogodny zaczyna, i mija tak

człowiek, i już zapomina, o co miał

walczyć i po co."

Samą biografię bardzo polecam i jestem pewna, że się nie zawiedziecie.  


Wydawnictwo Znak, Warszawa, 2011, stron 1104, cena z okładki 69,90

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5


KONTAKT:

dominika.chachulska@interia.pl