Blog > Komentarze do wpisu

"Prezent od Tiffany' ego"

Prezent od Tiffany'ego

Melissa Hill jest autorką wielu bestsellerów docenianych szczególnie w Irlandii i Włoszech. Mieszka w hrabstwie Dublin wraz z mężem i ukochanym psem Homerem. Przyznam szczerze, że „Prezent od Tiffany’ego” to pierwsza jej książka, z jaką się spotkałam, a o samej autorce wcześniej nie słyszałam.

Pałętając się między regałami w mojej ukochanej księgarni, szukałam czegoś lekkiego i przyjemnego na długie, zimowe wieczory. „Prezent od Tiffany’ ego” skusił mnie okładką, opisem z tyłu i akcją osadzoną w świątecznym Nowym Jorku. Pomyślałam: czemu nie? Tak jak wspomniałam wcześniej, to lekkie i nie wymagające czytadło, ale udało mu się, to czego nie udało się Kevinowi, śniegowi i świątecznym lampkom rozwieszonym po całym Wrocławiu – otóż ta książka wprowadziła mnie w świąteczny nastrój.


Fabuła jest bardzo prosta. Na Święta Bożego Narodzenia do Nowego Jorku przyjeżdżają dwaj mężczyźni, Ethan, który ma zamiar oświadczyć się kobiecie, która po śmierci jego żony uczyniła go szczęśliwym, a jego córce przywróciła uśmiech na twarzy i Gary, który korzystając ze szczodrości swojej dziewczyny chce trochę zaszaleć, póki jego firma jeszcze zipie, choć ledwo,  ledwo. Oboje udają się do Tiffany’ ego po prezenty dla ukochanych – Ethan po pierścionek zaręczynowy, Gary po bransoletkę, która zbytnio nie obciąży jego budżetu. W wyniku nieoczekiwanych zdarzeń dochodzi jednak do wypadku, w którym słynne, błękitne pudełeczka z błyskotkami zostają zamienione. Dla Ethan’ a sprawa jest jasna, musi jak najszybciej odzyskać pierścionek i przekazać go ukochanej, ale jak to zwykle w życiu bywa (albo raczej nigdy się tak nie dzieje) nic nie jest na tyle łatwe, na ile mogłoby się wydawać. Zdaje się, że los inaczej sobie to wszystko zaplanował.


Jedno muszę tej książce przyznać, przez jej strony przelatuje się z prędkością Boeinga. Otworzyłam ją na sekundkę i nawet nie zorientowałam się kiedy byłam w połowie. Co do fabuły, to tak jak zwykle bywa w przypadku takich czytadeł lekka, prosta, przewidywalna i nierzeczywista. Nie znaczy to, że książka mi się nie podobała, bo muszę przyznać, że miło spędziłam przy niej czas, choć przyznam szczerze, że po przekroczeniu pięćdziesiątej strony z aptekarską precyzją jesteśmy w stanie stwierdzić, jak będzie wyglądał koniec (no może z jednym, małym zaskoczeniem).

Podsumowując. Nie jest to pozycja dla wymagających i rządnych wrażeń oraz wysublimowanego języka i stylu, ale jeżeli lubicie czasem zagłębić się w lekki obyczaj, dzięki któremu się odprężycie i uciekniecie od codziennych obowiązków, to na pewno bez problemu dobrniecie do ostatniej strony i co najważniejsze, nie sapniecie z ulgą, że już koniec. 

wtorek, 29 stycznia 2013, dom.cha
Tagi: Melissa Hill

Polecane wpisy


KONTAKT:

dominika.chachulska@interia.pl